Rozdział dziewiętnasty
O tym, jak ten, co żył ze snów, dzięki swemu snowi zdobył królestwo
Królewicz znów dobył wadżry i uderzył w drzewo:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
mój miecz ma ostrze, co przecina kamień.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął uderzać w drzewo i Truposz spadł.
Królewicz zdzielił go pałką, wpakował do sieci, związał lassem i poniósł. Gdy uszedł jakieś dziesięć kroków, Truposz przemówił: „Albo ty, królewiczu, opowiedz jakąś opowieść, albo ja opowiem”. Królewicz nic nie odrzekł, więc Truposz ciągnął: „Z ust nędznika takiego jak ty, królewiczu, słowa się nie doczekam. Opowiem więc ja”. I zaczął:
„W pewnej wielkiej dolinie żył, jak powiadają, wielki król. Wśród jego poddanych był człowiek, który dobrze umiał tłumaczyć sny. Każdy swój sen musiał opowiadać królowi, a król dawał mu za to jedzenie i odzienie. Po jakimś czasie zdarzyło się, że przez sen roześmiał się na głos: «He!». Matka rzekła: «Coś ci się przyśniło, mów!». «Nic innego mi się nie śniło. Śniło mi się, że wesz jechała na wszy, z tego się śmiałem» – odpowiedział.
«Nie chcesz mi powiedzieć, to pójdę powiedzieć królowi» – rzekła matka i oboje poszli do króla. «Miał dobry sen, ale mnie go nie chce opowiedzieć. Zapytaj go, królu» – rzekła. Król rzekł: «Miałeś, jak słychać, dobry sen. Opowiedz go». «Śniło mi się, że wesz jechała na wszy, i z tego się roześmiałem. Nic innego mi się nie śniło» – odpowiedział. «Ten żebrak skłamał!» – rzekł król i kazał go wrzucić do dołu pełnego robactwa.
Po jakimś czasie nad otworem dołu przyleciały dwa gołębie, mąż i żona. Gołąb rzekł: «Stara, w tej krainie, zdaje się, nie ma ludzi». Gołębica odparła: «Stary, ludzi tu nie ma, ale jeśli masz coś do powiedzenia, to powiedz coś, co pomoże człowiekowi w tym dole». Gołąb na to: «Niech ten człowiek z dołu pójdzie do króla, powie, że idzie szukać swego snu, i poprosi go o czarodziejskie lasso z promieni słońca, do którego przywiązana jest czarodziejska pętla z promieni księżyca. Jeśli pójdzie stąd dalej, przejdzie wielką przełęcz i dotrze nad jezioro po jej drugiej stronie, znajdzie tam biały głaz wielkości owcy. Jeśli w noc piętnastego dnia miesiąca usiądzie przy nim z lassem w ręku, przyjdzie sześćset sześćdziesiąt tysięcy córek bogów. Wśród nich będzie dziewczyna w błękitnym jedwabiu, ze znamieniem na czubku nosa. Gdy będą się kąpać, z nieba posypią się kwiaty. Kiedy dziewczyna pochyli się, żeby je zbierać, niech zza głazu rzuci na nią lasso tak, żeby ją trafić, i niech ją złapie. Wtedy jego sen się spełni». I gołębie odleciały.
Nazajutrz o wschodzie słońca nad otwór jego dołu przyszła się bawić córka króla. «Królewno!» – zawołał. «To ty jesteś tym, co w zeszłym roku czekał na sny? Jeszcze nie umarłeś?» – spytała. «Jeszcze nie umarłem. Pomóż mi, proszę, powiedzieć ojcu królowi, że mam mu sen do opowiedzenia» – poprosił. Królewna poszła do ojca i rzekła: «Ten nasz, co od zeszłego roku żyje ze snów, jeszcze nie umarł i prosi, żeby przekazać, że ma sen do opowiedzenia». Król rzekł: «Jeśli nie umarł, idźcie, wy dwaj ministrowie, i wyciągnijcie go». Dwaj ministrowie poszli, odsłonili otwór dołu i zajrzeli.
Zjadł robaki, obdarł je ze skóry i zrobił sobie ze skór odzienie, i był grubszy i bardziej rumiany niż przedtem. Wyciągnęli go stamtąd i zaprowadzili przed króla. Gdy stanął przed królem, trzy razy pokłonił się niezdarnie i trzy razy zgiął się wpół. Powitanie wybełkotał: „cza-le, czo-le”, jak prycha mokry kij wrzucony do paleniska. I przyczaił się jak żaba, co płasko wygrzewa się w słońcu. «O, o, wielki królu! Masz czarodziejskie lasso z promieni słońca, do którego przywiązana jest czarodziejska pętla z promieni księżyca. Pożycz mi go, proszę. Idę zbadać swój sen» – rzekł. Król dał mu lasso i prowiantprowiant z tsampy i wysłał go, żeby zbadał swój sen.
Z tym wszystkim na plecach przeszedł wielką przełęcz, a za nią było wielkie jezioro. Nad jego brzegiem leżał biały głaz wielkości owcy. Położył się przy nim i czekał. Gdy wzeszedł jasny księżyc piętnastego dnia, przyszło sześćset sześćdziesiąt tysięcy córek bogów. Kąpały się, zbierały kwiaty, śpiewały i tańczyły, a potem uleciały w niebo. Po nich przyszły córki kinnarów. Potem przyszło sześćset sześćdziesiąt tysięcy córek nagów i ujrzał, jak śpiewają, tańczą, bawią się i zbierają kwiaty. Tak jak mówił gołąb, była wśród nich dziewczyna w szacie z błękitnego jedwabiu, ze znamieniem na czubku nosa. Rzucił na nią lasso, złapał ją i wyszedł zza głazu.
Dziewczyna spytała: «Kto ci to przepowiedział?». «Kiedy siedziałem w królewskim dole, przyleciały dwa gołębie, mąż i żona, i mi to przepowiedziały» – odparł. «Skoro ci to przepowiedziano, czy mnie złapiesz, czy nie, wszystko jedno. Posłano mnie, żebym zebrała kwiaty dla mojej pani. Teraz zamknij oczy. Poniosę cię na plecach i zejdziemy stąd w głąb jeziora. Jest tam pałac nagów z pięciu rodzajów klejnotów, a w nim na złotym tronie siedzi córka nagów imieniem Sacomen. Gdy pokłonię się jej i złożę kwiaty, powie: »Długo cię nie było, siostro«. Idź wtedy w moim cieniu i okładaj moją panią raz po raz po plecach. A ja powiem: »Przeszkodził mi pewien człowiek«.
Wtedy dziewczyna powie: »Siostro, odkąd tu przyszłaś, czuję ból, jakiego nigdy nie czułam«, i jęcząc »aj!« i »oj!«, zawoła: »Stara obrończyni Dharmy, przyjdź prędko! Lamowie i mistrzowie, odpędźcie moją chorobę!«. Wtedy rzuć tej starej obrończyni Dharmy w nos grudką łoju, żeby ją zabić. Powie: »Z takim demonem nie dam sobie rady« – i odejdzie.
Wtedy dziewczyna powie: »Poproście tu wielkiego mistrza«. Przyjdzie wielki mistrz pod postacią zająca. Kiedy zawoła »hum phat!«, pstryknij mu w nos kamykiem, a umrze. On też powie: »Z takim demonem nie dam sobie rady« – i odejdzie. Wtedy dziewczyna powie: »Z takim demonem nikt sobie nie radzi. Poproście tu dostojnego rinpoczego«.
Rinpocze przyjdzie pod postacią tygrysa i lamparta i rozłoży tablicę wróżebną. Wskocz na nią i siedź z jednym okiem zamkniętym, a drugim otwartym, z jedną nogą podkurczoną, a drugą wyprostowaną. Kiedy spytają, skąd przybyłeś, powiedz: »Przybyłem z niebios Tuszita, jestem bóg Jedno Oko Mądrości«. Spytają wtedy: »Boże Jedno Oko Mądrości, po co przybyłeś? Czego ci trzeba?«. Powiedz: »Trzeba mi córki nagów, Sacomen«. Potem przez trzy dni będą ci składać wspaniałe ofiary. A potem, jeśli nie odejdziesz, grozi śmierć z głodu. Kiedy powiesz: »Odchodzę«, dadzą ci córkę nagów Sacomen. Tak spełni się to, co przepowiedziały gołębie».
Potem zaniosła go na plecach do pałacu nagów, przestronnego i wielkiego, zbudowanego z pięciu rodzajów klejnotów. Pani Sacomen siedziała na złotym tronie. Była piękna i promienna, smukła i giętka jak bambus z gór Cari, mieniła się jak jezioro, jaśniała jak tęcza. Postawiona w zimnym cieniu zdawała się zamarzać, postawiona w ciepłym słońcu zdawała się topnieć. Szyję zdobił jej naszyjnik z klejnotów, a na sobie miała szaty z jedwabiu w pięciu kolorach.
Dziewczyna złożyła jej kwiaty, a on, idąc w jej cieniu, okładał panią raz po raz po plecach.okładał panią raz po raz szufelką po plecach. Pani rzekła: «Długo cię nie było, siostro». «Przeszkodzono mi» – odpowiedziała dziewczyna. «Tak właśnie jest. Odkąd przyszłaś, siostro, chwyciła mnie wielka gorączka» – rzekła pani i kazała ministrom: «Poproście tu starą obrończynię Dharmy». Przyszła stara obrończyni Dharmy i skakała tam i z powrotem. On rzucił jej w nos grudką łoju, a ona rzekła: «Z takim demonem nie dam sobie rady» – i uciekła.
Znów kazała ministrom: «Poproście tu wielkiego obrońcę Dharmy». Przyszedł zając, wołając «hum, hum, phat, phat!». Pstryknął zającowi w nos kamykiem, a ten rzekł: «Z takim demonem nie dam sobie rady» – i uciekł. Wtedy poproszono dostojnego rinpoczego. Przyszedł z rykiem tygrysa i lamparta i rozłożył tablicę wróżebną. On wskoczył na nią i usiadł z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym, z jedną nogą wyprostowaną, a drugą podkurczoną. «Kim jesteś?» – spytano. «Przybyłem z górnych niebios, jestem bóg Jedno Oko Mądrości» – odparł. «Boże Jedno Oko Mądrości, po co przybyłeś? Czego ci trzeba?» – spytali. «Trzeba mi córki nagów, Sacomen» – odparł. «Skoro przybył bóg Jedno Oko Mądrości, damy mu dziewczynę, jakżeby inaczej» – rzekli.
Przez trzy dni składali mu wodę ofiarną i kwiaty i podawali wszelkie jadło i napoje. Nazajutrz po trzech dniach o wschodzie słońca rzekł: «Odchodzę. Trzeba mi dziewczyny». Przyprowadzili mu wtedy rudą miedzianą sukę na smyczy. «Weź tę sukę i zamknij, proszę, oczy» – rzekli.
Zamknął oczy i obaj, on i suka, znaleźli się nad brzegiem jeziora. Przez trzy, cztery dni nic nie jadł, więc był głodny. Pomyślał: „Poszedłem po córkę nagów Sacomen, a zamiast niej dostałem tę sukę. Na co mi ona?”. Uciął w pobliskim lesie kij i zdzielił sukę przez grzbiet. Suka pobiegła, skowycząc „ang-czo-le”. Poszedł za nią i zobaczył, że przed suką leży kula ciasta z tsampy, a ona siedzi i liże sobie łapy. Zjadł to ciasto. „Czemu ta szlachetna suka nie je ciasta, które leży jej przed pyskiem?” – pomyślał.
Znów ruszył z suką na wschód.Ruszył dalej z suką bez zatrzymywania się. Około południa, gdy wspinał się na jakąś przełęcz, znów zgłodniał i znów zdzielił sukę kijem przez grzbiet. Suka pobiegła przodem, skowycząc „ar-czo-le”, i znów na kamieniu leżała wielka kula tsampy z masłem. Pomyślał: „Jak zdzielę sukę kijem, za każdym razem jest co zjeść”.
Kiedy zjadł tsampę z masłem i wstał, suka rzekła: «W ciebie, boże Jedno Oko Mądrości, wstąpił, widać, demon głodu. Bóg powinien mieć w świecie ludzi kogoś większego ode mnie do nawracania, a ty jesteś, jak widać, zwykłym głodomorem z pospólstwa, którego zmógł głód. Nie masz, zdaje się, dokąd pójść, więc weź te dwa psy, zobacz, czy na tamtym zboczu jest zwierzyna, a wieczorem wróć tutaj». Pojawiły się dwa psy myśliwskie, których przedtem nie było. Wziął je i poszedł polować. Gdy słońce zaczęło zachodzić, wrócił tam, gdzie była suka.
Na tym pustkowiu, gdzie nic nie było, stał dwupiętrowy dom. „Co to jest?” – pomyślał. Suka wybiegła mu na powitanie, merdając ogonem. W środku było pełno wszelkich sprzętów. Na gorącym cieście z tsampy leżał kawał mięsa. Zjadł go, owinął się dobrze pościelą i zasnął. Nazajutrz spał jeszcze, zanim wzeszło słońce, a suka przyszła do jego wezgłowia i rzekła: «Wstań, proszę, i chodź na śniadanie. Dziś też lepiej idź na polowanie». Leżała tam kula tsampy z masłem, a obok niej pół kawałka mięsa. Wziął ciasto i tsampę z masłem, udał, że idzie na polowanie, i ukrył się za domem.
Wtedy suka zdjęła psią skórę i zabrała się do budowania. Dwupiętrowy dom przemieniła w dziewięciopiętrowy pałac. W obrębie muru zbudowała też trzypiętrowe domy mieszkalne. Gdy słońce miało się już schować, przyszedł i podsłuchiwał, ukryty w kącie. Była tam mrówka i mówiła: «Nikt nie ma cieńszej talii niż ja, więc wszyscy się mną zachwycają: »ha-las!«». Stonoga mówiła: «Nikt nie ma więcej nóg niż ja, więc wszyscy się mną zachwycają: »ha-las!«». Żaba mówiła: «Nikt nie ma szerszego czoła niż ja. Nikt nie jest silniejszy niż ja».
Wszelkie inne żyjące stworzenia też budowały. Brakowało już tylko otworu okiennegootworu na rygiel w jednej sypialni. Wtedy on wpadł do środka i cisnął psią skórę daleko w ogień. Ona rzekła: «Gdyby ta psia skóra poleżała jeszcze dwa dni tak, jak była, wszystko byłoby dobrze. Za twoją niecierpliwość przyjdzie zapłacić». Spiżarnie były już wtedy pełne złota, srebra, miedzi i żelaza, zboża, szat, jedwabiu i innych dóbr, a zewnętrzne zagrody pełne koni, wołów, bydła i innego dobytku. W obrębie muru powstało jakieś dwieście domostw.
Po jakimś czasie przyszedł obejrzeć pastwisko pewien pasterz owiec, jego przyjaciel z czasów, gdy służył u króla. On rzekł: «Piękna, przyszedł mój przyjaciel, zawołaj go do środka». «Tylko nie paplaj za dużo. Zawołać go możesz» – odparła. Swój blask schowała do skrzyni, a sama przybrała postać ludzkiej dziewczyny o ciemnym obliczu i drobnym ciele. On poszedł do pasterza i rzekł: «Przyszedłeś?». «A tak. Ty jesteś tu służącym?» – spytał pasterz. «Nie jestem tu służącym, jestem tu panem. Mam żonę, nagini, jakiej świat nie widział» – wyrwało mu się.
Zawołał go do środka, a kiedy podał mu jedzenie, pasterz spytał: «Gdzie jest ta twoja żona, ta pani?». «Poczekaj chwilę» – odpowiedział. Po chwili pobiegł i otworzył skrzynię. Blask ze skrzyni padł na nią, a jej blask padł na pałac i pałac rozjaśnił się z zewnątrz i od środka. Pasterz rzekł: «Napatrzyłem się do syta» – i poszedł. Szybko przegnał owce i udał się do króla. Ministrowie pytali go: «Dokąd idziesz?», ale on, nie odpowiadając, pobiegł prosto przed oblicze króla.
Pokłonił się królowi i rzekł: «Ten człowiek, którego w zeszłym roku wysłaliśmy, żeby zbadał swój sen, zbudował tam na pustkowiu zamek jak żelazną skrzynię i ma za żonę niezwykłą nagini». Król rzekł: «Posłałem tego żebraka z moim lassem, żeby zbadał swój sen. Jutro pojedziemy to zobaczyć». I król z jakimiś pięcioma dworzanami wyruszył, a pasterz prowadził. Gdy on zobaczył, że król jego kraju przybył pod jego zamek, rzekł: «Piękna, przybył król mojego kraju, trzeba go zaprosić». Ona rzekła:
«Gdyby psiej skóry nie spalono, wszystko byłoby dobrze, ale już spłonęła. Potem mówiłam, żebyś nie pokazywał blasku pasterzowi, a ty pokazałeś i oto zapłata. Dziś przyjdzie wielka bieda. Lepiej zaproś króla». Wyszedł, pokłonił się i powitał go z szacunkiem. Zaprosił króla do środka i posadził na złotym tronie, a ministrów i dworzan na zwykłych siedzeniach. Królowi i jego świcie podawał jadło nagów i ugościł ich ze wszystkim, co najlepsze.
Król spytał pasterza: «Gdzie jest ta jego żona, ta pani?»«Gdzie jest twoja żona, ta pani?». Pasterz pobiegł i otworzył skrzynię. Blask ze skrzyni padł na nią, jej blask padł na pałac i pałac zalśnił wszystkimi barwami. Król pomyślał wtedy: „Jeśli zabiorę mu żonę siłą, poddani stracą serce. Trzeba podstępem zabrać mu wszystko razem z żoną”. I rzekł: «Posłałem cię z moim lassem, a zanim przyszedłem do ciebie, nie dałeś mi ani słowa odpowiedzi, co zrobiłeś, a czego nie. Jutro więc zmierzymy się, ty i ja, kto ma więcej beli jedwabiu. Jeśli ja będę miał więcej jedwabiu, twoi poddani, świta, służba i żona przejdą na mnie. Jeśli ty będziesz miał więcej, dam ci moją jedyną córkę». Potem król ze świtą odjechał.
Sacomen spytała: «Co ci powiedział król?». «Król hoduje jedwabniki i ma mnóstwo jedwabiu, a my nie mamy ani nitki. Mamy się zmierzyć, kto ma więcej jedwabiu. Jeśli król będzie miał więcej, poddanych razem z żoną weźmie król. Jeśli my będziemy mieli więcej, da nam swoją córkę. Co robić?» – odpowiedział. «Gdyby wczoraj psiej skóry nie spalono w ogniu, wszystko byłoby dobrze, ale spłonęła. Pokazałeś blask pasterzowi i oto zapłata. Ale tym razem to nic trudnego, rzecz łatwa. Weź tę skrzynkę i biegnij nad to jezioro co wczoraj. Zawołaj: »Wuju, królu nagów!«, i powiedz: »Weź na dół skrzynkę do budowania, a przyślij na górę skrzynkę, co tka jedwab«. Przynieś ją tutaj i nie otwieraj».
Wziął skrzynkę do budowania i poszedł nad jezioro. «Wuju, królu nagów, weź na dół skrzynkę do budowania, a przyślij na górę skrzynkę, co tka jedwab» – powiedział. Przysłano mu skrzynkę, a skrzynkę do budowania zabrano na dół. Wziął skrzynkę i ruszył z powrotem. Gdy doszedł na przełęcz, pomyślał: „Król ma mnóstwo jedwabiu. Ile go jest w tej skrzynce?” – i otworzył ją. Wysypał się jedwab w pięciu kolorach i zaczął go owijać. Ona to zobaczyła, szybko przybiegła i zgarnęła go z powrotem, a jedwab się cofnął. Ledwie uszedł z życiem. Oboje razem poszli do pałacu.
Nazajutrz o wschodzie słońca góra, która stała przed jego domem, była owinięta królewskim jedwabiem. Tego dnia pod ich bramę przyszedł groźny królewski minister i rzekł: «Gdzie twój jedwab? Nasz jedwab owinął całą górę». Wtedy Sacomen weszła na dach i otworzyła skrzynkę. Wysypał się jedwab w pięciu kolorach i wypełnił w dolinie wszystkie góry i wąwozy. Minister rzekł: «Nasze konie, bydło i ludzie duszą się jedwabiem i umierają. Pomóż zebrać jedwab». Zgarnęła go wtedy z powrotem do skrzynki.
Potem król przyszedł pod bramę pałacu i rzekł: «Że masz więcej jedwabiu, to nie ma o czym mówić. Jutro zmierzymy się, ty i ja, czyj boski jak jest straszniejszy. Jeśli twój boski jak będzie straszniejszy, zrobimy, jak umówiono wcześniej». I król odjechał. Sacomen spytała: «Co mówił król?». «Król ma boskich jaków bez liku, jak góra. My nie mamy ani jednego kosmyka sierści. A on mówi, że jutro zmierzymy się, czyj boski jak jest straszniejszy» – odpowiedział. Sacomen rzekła: «To nic trudnego.
Idź teraz nad jezioro i powiedz wujowi, królowi nagów: »Weź na dół skrzynkę, co tka jedwab, a przyślij na górę ziemnego jaczka«». Zrobił tak, a wtedy płowego ziemnego jaczka nagów odprowadzono na brzeg jeziora, a skrzynkę z jedwabiem zabrano. Szedł z jaczkiem i karmił go ciastem z tsampy. Pomyślał: „Boski jak króla jest większy niż góra. Czy ten mu da radę?” – i naszły go wątpliwości. Kiedy wrócił do domu, spytał Sacomen: «Co ten zrobi?». «Ten jaczek da sobie radę» – odparła.
Nazajutrz o wschodzie słońca przygnano pod ich bramę boskie jaki króla. On przestraszył się: «Przyszły boskie jaki. Patrz! Czy nasz boski jak im da radę?». Ona rzekła: «Nie trzeba się bać na próżno. Na północy pasą się stada dzikich jaków jeszcze straszniejsze». Znów przyszedł królewski minister i rzekł: «Wyprowadź swojego jaka». Poszła wtedy do płowego ziemnego jaczka, przeczesała go, dała mu ciasta i rzekła: «Ziemny jaczku, ich jaki«Płowy ziemny jaczku, ich jaki jedne zabij, tratując, inne zabij, bodąc, i ułóż je jednego na drugim».
Ledwie przeszedł przez próg, wyrósł z niego jak tak wielki, że wszystkie jaki króla zwinięte w jedno nie dorównałyby jego łbu. Gdy ministrowie i pasterze jaków zobaczyli jej jaka, wytrzeszczyli oczy i uciekli. Jak parsknął raz i silne jaki padły. Te, które padły, stratował kopytami, te, które nie padły, wziął na rogi i ułożył w stos. Kiedy wybił wszystkie jaki, Sacomen zagnała swojego jaka z powrotem do domu.
Znów pod bramę przyszedł królewski minister i rzekł: «Dziś w walce jaków zwyciężyłeś, nie ma co mówić. Jutro zobaczymy, czyj koń jest szybszy. Jeśli twój będzie szybszy, dostaniesz dziewczynę. Jeśli mój będzie szybszy, zrobimy, jak umówiono». Kiedy on wrócił do domu, Sacomen spytała: «Co mówi król?». «Znów chce się zmierzyć, czyj koń jest szybszy. Król ma mnóstwo koni, a my nie mamy nawet osła, nie mówiąc o koniu. Co robić?» – odpowiedział. Dziewczyna rzekła: «Idź nad to samo jezioro co przedtem. Pójdź do wuja, króla nagów, oddaj mu tego płowego jaczka i powiedz: »Przyślij na górę ziemnego konia Siwka«. Przyprowadź go tu. To rzecz łatwa. Trudniejsze jeszcze przyjdzie».
Znów poszedł nad jezioro. «Wuju, królu nagów, weź ziemnego jaczkaweź tego płowego ziemnego jaczka, a przyślij na górę ziemnego konia Siwka» – powiedział. Przyprowadzono konia z kantarem, a jaczka zabrano. Chwycił za kantar i przyprowadził konia. Pomyślał: „Wystarczy, że Sacomen go przeczesze, a zwycięża we wszystkim” – i bardzo się ucieszył.
Nazajutrz o wschodzie słońcaNazajutrz po tym, jak wrócił do domu, o wschodzie słońca król posłał ministra z wezwaniem: «Przybądź na wyścig konny, ja pojadę na moim wierzchowcu, co wszystko rozumie, zwanym Złotym Słonecznym Promieniem». Ona starannie przeczesała konia i włożyła na niego złote siodło z turkusowym rzędem. Jego zaś przyodziała w niezwykłą szatę: na górnej części miała wyhaftowany tysiąc Buddów, na dolnej królewskie wzory, w pasie czterech wielkich królów, a na rękawach słońce i księżyc.a po prawej i lewej stronie kołnierza słońce i księżyc. Posadziła go na koniu i wyprawiła.
Dziewczyna pouczyła go: «Kiedy metę wyścigu wyznaczą tam, na tamtej przełęczy, trzymaj konia krótko, dopóki król nie dojedzie do podnóża. Gdy tylko król dojedzie do podnóża, smagnij raz batem i powiedz: »Siwku, teraz skacz i biegnij!«. Kiedy będziesz skakał na przedni łęk siodła, nie wydawaj okrzyku i nie gwiżdż».
Stanął przed królem i obejrzał jego konia od łba po ogon. Był to siwy koń o czterech czarnych pęcinach, o czterech kopytach z żelaza, o trzepoczących skrzydłach, cały w wielkie białe łaty.
Król rzekł do niego: «Metą naszego wyścigu niech będzie tamta przełęcz». Król dosiadł konia i pogalopował. On trzymał konia krótko, dopóki król nie dojechał do podnóża. Gdy król dojechał do podnóża, smagnął trzy razy batem i krzyknął: «Teraz skacz!». W trzech skokach był na przełęczy. Obejrzał się i zobaczył, że król dopiero nadjeżdża od dołu. Zsiadł z konia i powiedział: «Ha-las-so».
Nadjechał król i rzekł: «Że twój koń jest szybki, nie ma co mówić. Ale co to znaczy, że powiedziałeś »ha-las-so«?». «»Ha-las« mówi się do…» – zaczął.«»Ha-las« mówi się przy murowaniu» – odpowiedział. «Teraz nie budujemy. Przy wyścigu konnym powiedziałeś »ha-las-so«. Przyjdź do mnie zaraz jutro i wyłóż mi naukę o »ha-las-so«» – rzekł król i odjechał. On też wrócił do domu.
«Wróciłeś? Czy koń był szybki?» – spytała. «Koń był szybki, w trzech skokach doszedł na szczyt przełęczy. Ale wyrwało mi się »ha-las-so«, a król mówi: »Nie zebraliśmy się tu do budowania. Przynieś mi wyjaśnienie, czemu powiedziałeś ‘ha-las-so’«. Tak czy owak przewaga nam się wymknęła, więc na koniecTak czy owak z powodu różnicy we władzy na koniec, zdaje się, przegramy» – odpowiedział. Dziewczyna rzekła: «Samo »ha-las-so« to rzecz łatwa. Ale jeśli tak zrobimy, źle wyjdzie na tym król, więc trzeba posłać mu ostrzeżenie. Ty idź nad jezioro, oddaj wujowi, królowi nagów, ziemnego konia Siwka, powiedz: »Przyślij skrzynkę ha-las-so«,powiedz: »Wuju, królu nagów, odbierz ziemnego konia Siwka i przyślij skrzynkę ha-las-so« i przynieś ją, nie otwierając».
Tymczasem nadszedł, prowadząc konia na przechadzkę, pasterz, jego dawny przyjaciel, a dziewczyna rzekła: «To ty jesteś sprawcą całego tego zamieszania. Król kazał przynieść »ha-las-so«. Że mówić o »ha-las-so« nie wyszłoby na dobre ani panu, ani słudze, to jeśli król go chce, ty mu go przynieś». Pasterz spytał: «Czy to »ha-las-so« jest takie rzadkie?». «»Ha-las-so« to rzecz bardzo rzadka» – odparła. «Zobaczę, czy zdołam zanieść królowi prośbę» – rzekł pasterz i poszedł.
Jej mąż poszedł nad jezioro. «Wuju, królu nagów, weź na dół tego ziemnego konia Siwka, a przyślij skrzynkę zwaną »ha-las-so«» – powiedział. Nag przysłał na górę skrzynkę ha-las i zabrał na dół konia Siwka. Była to czworokątna skrzynia, a kiedy wziął ją na plecy, okazała się tak ciężka, że musiał ją nieść, niemal dotykając nosem ziemi. Pomyślał: „Co to jest to »ha-las-so«? Jak tak ciężkie, to »ha-las-so« jest chyba wielkie jak dom”. Kiedy był już blisko jej domu, otworzył skrzynię i zajrzał.
Sacomen to zobaczyła, a że on tam przysiadł, przeczuła, że stanie się coś złego. Ze skrzyni wyskoczył żelazny człowieczek na łokieć wysoki, z żelaznym młotem w ręku. Krzyknął „ha-las-so” i zdzielił go młotem w czaszkę. Sacomen szybko podbiegła, zgarnęła go z powrotem, wsadziła do skrzyni i rzekła do męża: «Mówiłam ci już, żebyś przyniósł ją do domu i nie otwierał. Sam sobie biedę napytasz». Wrócił do domu, kuśtykając ze skrzynią na plecach.
Pasterz złożył królowi prośbę i przygalopował z powrotem, a oni zobaczyli, jak nadjeżdża. «Wyjdę mu na spotkanie» – rzekł mąż. «Ty siedź, ja mogę pójść zobaczyć» – odparła dziewczyna. Pasterz rzekł: «Zaniosłem królowi prośbę jeszcze obszerniejszą niż twoja, ale król, nie mówiąc już o przyjęciu prośby, mówi, że jeśli teraz oddacie mu zamek i ziemie razem z panią, nie stracicie życia». Dziewczyna odparła: «Król chce zabrać nam ten zamek i ziemie, które należą do nas dwojga. Czy król nie nadużywa swojej władzy? Jeśli król jest zbyt pyszny, w końcu grozi mu klęska». «Król ciągnie z wojskiem» – rzekł pasterz. Oboje odpowiedzieli: «Idź tam i poproś króla, niech robi, co chce».
Pasterz wrócił do króla i rzekł: «Zamek mają mocny, więc mnie nie słuchają. Niech król przybędzie sam». Król rozgniewał się, wydał rozkaz ministrom w swoim państwie i posłał dziesięciotysięczne wojsko, a sam z królową został w pałacu. Na czele wojska, jako przewodnika, posłał pasterza.
Pasterz rzekł: «Powiedziałem królowi, że nie macie mu do ofiarowania ani dóbr, ani owiec, ani niczego innego. Król odparł: »Nie potrzebuję dóbr. Prowadź wojsko« – i oto przyszło dziesięć tysięcy wojska. Ten zamek się nie utrzyma, więc czy nie lepiej, żebyście poprosili o darowanie życia?». «Zapytam Sacomen» – odpowiedział on. Pasterz rzekł: «Twoją żonę chcą wziąć na królową. Żeby tobie nic się nie stało, lepiej otwórz bramę». On poszedł na górę i rzekł do niej: «Na zewnątrz pełno wojska. Co robić?». «Dużo ich?» – spytała. «Zobacz z dachu, ile ich jest» – odpowiedział.
Ona rzekła: «Urwisko choć wielkie, to tylko dziura w ziemi. Dziesięć tysięcy wojska choć liczne, to tylko trupy. Czy przyjaciel pasterz jest przed bramą?». «Przyjaciel stoi przed bramą i czeka na odpowiedź» – odparł. «Dobrze, że przyszedł. Teraz biegnij otworzyć bramę. Tylko nie daj się zamroczyć, patrz na widowisko!». Ledwie otwarto bramy, Sacomen rzekła: «Pasterza, o którym wiadomo, że jest wrogiem, zabijcie. Dziesięć tysięcy wojska pobijcie tak, żeby ani nie umarli, ani nie żyli. Potem idźcie do pałacu królewskiego i pobijcie króla z królową tak, żeby ledwie żyli». Otworzyła skrzynię i ledwie rzekła: «Walcie wrogów w łby!», wyskoczyło z niej czterech żelaznych człowieczków. Najpierw zabili pasterza. Potem wojsko pobiliPotem dziesięć tysięcy wojska pobili tak, że zostało półżywe.
Poszli do pałacu królewskiego i krzycząc „ha-las-so, ha-las-so”, wspięli się po drabinie. Król pomyślał: „Jestem potężny, a tamta żona-nagini wielka czarodziejka, więc może to »ha-las-so« ukaże się tu naocznie?” – i wytrzeszczył oczy. Zjawiło się czterech żelaznych człowieczków z młotami i krzycząc „ha-las-so, ha-las-so”, zrzucili króla z tronu, aż się potoczył, i stłukli go. Nagini poszła wtedy do króla i spytała: «Czy to »ha-las-so« wystarczy?».
Król rzekł: «Nagini, twoja moc przemiany jest wielka, a ten, co żyje ze snów, ma wielkie zasługi. Nie dam rady wam dwojgu. Moją córkę, którą kocham z całego serca, oddaję jemu. My, starzy, będziemy praktykować Dharmę, a królestwo ofiaruję wam dwojgu. Zabicie nas, dwojga starych, nie da nic prócz dymu złych czynów, więc nie każ nas zabijać». Otworzyła wtedy skrzynię i schowała do niej czterech żelaznych człowieczków.
Zamknęła skrzynię na zamek i wróciła do swego pałacu. A wojsko puściło zbroje na wiatr. Każdy wziął w rękę kij i podtrzymując się nawzajem, powlekli się do domu. Wtedy starannie przystrojono królewnę w ozdoby i szaty, a ministrowie ze świtą odprowadzili ją do niego. Objął władzę nad oboma królestwami. Nagini nie zazdrościła królewnie i wszyscy troje żyli w zgodzie. Każda z dwóch królowych urodziła syna. Królestwo i wszyscy poddani rozkwitali i rośli jeszcze bardziej niż przedtem, a ludzie i nagowie okazywali sobie nawzajem dobroć. Że połączyli się ludzie z nagami, mogli korzystać z niewyczerpanych bogactw ludzi i nagów. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz.
Królewiczowi Deczo Sangpo wyrwało się wtedy: „Spełnił mu się dobry sen i zaznał szczęścia!”. Truposz się wymknął: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!”. Królewicz pomyślał: „Lama przykazał mi, żebym nie odzywał się do Truposza, a wyrwały mi się trzy słowa. Źle się stało. Jeśli pójdę do lamy, spadnie na mnie nagana”. Znów więc poszedł na owo cmentarzysko i ruszył, przestępując trupy, które wołały „ha-la”, i kopiąc te, które wołały „hu-lu”, i doszedł pod owo drzewo.