Rozdział osiemnasty
O tym, jak narodziła się dziewczyna obdarzona zasługami
Królewicz znów uderzył pałką w drzewo:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
moja pałka jest z ciemnej akacji,
mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął tłuc w drzewo.
Truposz spadł, a królewicz zdzielił go pałką, wpakował do sieci i związał lassem. Gdy doszedł jakieś siedem, osiem kroków dalej, Truposz rzekł: „Królewiczu, ty się, widać, nie męczysz i nie nuży cię dźwiganie Truposza. Teraz ty wymyśl jakiś sposób, żeby droga wydała się krótsza”. Potem obaj przez chwilę szli w milczeniu.
Truposz rzekł: „Z ust nędznika takiego jak ty, chłopcze, słowa się nie doczekam. Opowiem więc ja jakąś opowieść”. I zaczął:
„W pewnej wielkiej dolinie żyli, jak powiadają, król i królowa, oboje już starzy. Wszyscy poddani martwili się: «Jeśli nasza królowa nie urodzi wreszcie syna, czy nie wygaśnie ród królewski?». Aż po dziewięciu miesiącach i trzynastu dniach urodził się syn. Gdy królewicz skończył osiem lat, wyniesiono go na tron.
Pewien król z innego królestwa usłyszał, że tamten król jest małym dzieckiem, a ojciec i matka już mu pomarli. Wysłał więc trzysta tysięcy wojska, żeby zagarnęło królestwo. Ale mocą wielkich zasług młodego króla z pewnej wielkiej doliny spłynęła wielka rzeka, jakiej przedtem nie było. Gdy trzysta tysięcy wojska przeprawiało się przez nią, nurt stał się gwałtowny i woda porwała sto tysięcy żołnierzy oraz potężnego słonia, któremu do trąby przywiązano koło z mieczy. Żołnierze rzekli wtedy do swego króla: «Przedtem w tej dolinie nie było wody. Skąd teraz taka wielka rzeka?». A on odparł: «Ten król musi mieć wielkie zasługi. Widać nie damy mu rady».
I zawrócili. W dolnej części owej doliny żyły matka z córką. Miały, jak się zdaje, jedną miarę drogocennego ryżu z Magadhy. Stara matka mówiła: «Lada dzień przyjdzie tu niejaki Dżodżo Długi Wiosenny Dzień. Wtedy go zjemy».
Pewnego dnia, gdy matka poszła zbierać chrust, Budda, który przyszedł na ten świat kołowrotu narodzin, udał się do owego miasta po jałmużnęBudda Krakuczhanda zszedł na świat, udał się do owego miasta po jałmużnę i stanął przed drzwiami matki i córki. Wiedział, że matka jest dakinią mądrości, a w córce ujrzał dakinię Buddy. «Dziewczyno, przygotuj mi miejsce» – rzekł, po czym z matą, laską i misą żebraczą w rękach usiadł.
Dziewczyna rzekła do Buddy: «My, matka z córką, za dnia szukamy jedzenia, a nocą je zjadamy, więc nie mam ci nawet czego podścielić do siedzenia, panie». Budda na to: «Ugotuj ten ryż, którego macie w domu miarę, i podaj mi». «Matka mówi, że trzeba go zjeść, kiedy przyjdzie Dżodżo Długi Wiosenny Dzień» – odpowiedziała. «Dżodżo Długi Wiosenny Dzień to ja. Ugotuj go i podaj mi» – rzekł.
Dziewczyna starannie przebrała ryż, dobrze go uparowała i ugotowała, a miał on sto doskonałych smaków. Podała Buddzie, ile zdołał zjeść. Sama też zjadła do syta, a ryżu nie ubyło. Budda rzekł: «Dziewczyno, jeśli matka cię zbije, wejdź na tamtą białą ścieżkę w górze. Za przełęczą jest klasztor, przyjdź tam». I odszedł.
Wieczorem matka wróciła, zawołała: «Córko, otwórz!» i weszła. «Rozpalałaś ogień?» – spytała. Dziewczyna odparła: «Przyszedł ten Dżodżo Długi Wiosenny Dzień, o którym mówiłaś wczoraj, matko. Rozpaliłam więc ogień, ugotowałam ryż i podałam mu. Dla ciebie, matko, też zostawiłam porcję do syta». Matka rzekła do córki: «Ty żebraczko, Dżodżo Długi Wiosenny Dzień to nie było imię człowieka. Mówiłam, że zjemy go, kiedy przyjdzie wiosna z długimi dniami. Nie musisz tu dłużej mieszkać». I wyrzuciła córkę z domu.
Dziewczyna weszła na białą ścieżkę, o której mówił wczoraj mnich, i szła, aż ujrzała na skalnej ścianie jaskinię z przystawioną długą drabiną. Podeszła i zawołała: «Dżodżo!». Wyszedł kot i rzekł: «Dżodżo, to ta dziewczyna z wczoraj». Potem do wejścia jaskini wyszedł kogut i rzekł: «Dziewczyno, on mówi, żebyś weszła na górę». Dziewczyna wspięła się i zastała tam Buddę.
Pokłoniła się, a on spytał: «Czy matka cię zbiła?». «Matka mnie pobiła i wyrzuciła» – odpowiedziała. «Twoja matka cię za to przeklęła, przeto nie pożyje długo. Ty zostań tutaj, gotuj i podawaj mi jedzenie. Ile go będzie, dużo czy mało, jedzcie razem we troje: ty, kogut i kot» – rzekł. Odtąd dziewczyna gotowała w środku i podawała Buddzie, a tamtym dwóm dawała jeść razem z sobą.
Pewnego ranka, gdy gotowała, jedno prażone ziarenko wyskoczyło z garnka, a ona wrzuciła je do ust. Kogut i kot spytali: «Co jesz, siostro?». «Nic nie jadłam» – odparła. Wtedy obmacali jej usta od środka i znaleźli okruch prażonego ziarna. «Zjadłaś sama, a nam nie dałaś!» – rzekli, rozzłościli się i zgasili ogień. Dziewczyna pomyślała, że jeśli powie lamie, spadnie na nią nagana, i poszła poprosić o ogień. Spojrzała w dół, zobaczyła wieś i tam poszła po ogień.
Tego ranka padał drobny śnieg. Gdy dziewczyna wracała z ogniem, ślady, które zostawiała na śniegu, były jak rozkwitające kwiaty lotosu. Pewien minister tamtejszego króla wyjechał przewietrzyć konia i zobaczył te ślady. «Kto obcy u nas był?» – spytał. Gospodyni z pobliskiego obejścia odpowiedziała: «W tamtej jaskini w górze nikt dawniej nie mieszkał. Dziś rano przyszła tylko jakaś dziewczyna po ogień, poza nią nikt nie przychodził».
Minister natychmiast udał się do królewskiego pałacu. Pokłonił się królowi z należytym szacunkiem i rzekł: «Na tamtej naszej świętej górze mieszkało dawniej tylko dwóch czy trzech dobrych pustelników i nikogo poza nimi. Dziś, gdy osiodłałem konia i wyjechałem, ujrzałem ślady stóp, w których widniały odciski kwiatów lotosu. Kiedy wypytałem miejscowych, powiedzieli, że przyszła dziewczyna, którą lama posłał po ogień. Lotosy w śladach stóp wyrastają tylko u dakiń Buddy i u Buddów trzech czasów.
Zeszłej nocy miałem dobry sen». I opowiedział:
«Śniło mi się, że w górze doliny wyrosła śnieżna góra,
śniło mi się, że lew na niej miał bujną turkusową grzywę,
śniło mi się, że śnieżną górę opasało jezioro».
I dodał: «Królu, czyżby miała przyjść do ciebie pani, dakini mądrości?».
Inni ministrowie rzekli: «My też mieliśmy zeszłej nocy dobre sny». Jednym śniło się, że dęto w konchę, innym, że powiewały chorągwie. Wtedy razem z owym ministrem wysłano jeszcze trzech, żeby zobaczyli, czy dziewczyna tam jest.
Dziewczyna wróciła z ogniem i opowiedziała wszystko Buddzie. «Dziewczyno, czemu śniadanie dziś się spóźniło?» – spytał.i podała jadło Buddzie. «Dziewczyno, dzisiaj śniadanie się spóźniło» – rzekł. «Śniadanie się spóźniło, bo ci dwaj zgasili mi ogień» – odpowiedziała. Wezwał ich przed siebie: «Chodźcie tu obaj. Czemu zgasiliście jej ogień?». «Sama zjadła prażone ziarno, a nam nie dała, więc zgasiliśmy» – odpowiedzieli. Lama rzekł: «To znak, że spotka cię przeszkoda, dziewczyno. Choć chcesz mi służyć, przyjdzie mi teraz oddać cię tamtemu wielkiemu królowi».
Nazajutrz ministrowie przybyli do wejścia jaskini i poprosili o widzenie z lamą. Lama wyszedł i spojrzał na nich. Minister rzekł: «Masz tu, jak słychać, dziewczynę. Trzeba ją oddać królowi za żonę». «Skąd dziewczyna u pustelnika, co żyje w odosobnieniu?» – odparł lama. Na to jeden z ministrów: «Kiedy dziewczyna przyszła po ogień, widzieli ją ludzie z obejścia. Dziewczyna, której w śladach stóp wyrastają lotosy, jest właśnie tutaj, lepiej więc ją oddaj».
Lama zawołał wtedy ministrów do środka. «Wystawcie języki» – rzekł i każdemu kapnął na język kroplę wodykroplę ze swoich ust. Stała się boskim nektarem o ośmiu doskonałych smakach, tak że przez siedem dni nie potrzebowali jeść. «Pojutrze przyjdźcie po nią, wy czterej, razem z królem» – rzekł. Ministrowie spytali lamę: «Czy król przyjdzie tu po dziewczynę sam?». «Jeśli chce dziewczyny, niech przybędzie tu sam, osobiście» – odparł.
Ministrowie stanęli przed królem i oznajmili: «Lama oddaje dziewczynę». «Widzieliście ją?» – spytał król. «Widzieliśmy. Ale król musi sam przybyć po dziewczynę». «Kiedy się bierze pannę młodą do domu, pan nie wychodzi jej na spotkanie» – rzekł król. «Jeśli król sam nie przybędzie, lama dziewczyny nie odda» – odpowiedzieli. Król i ministrowie zaczęli się więc szykować do drogi.
Król rzekł: «Pustelnik pewnie nie ma ozdób ani strojów, trzeba je zabrać stąd». Ministrowie odpowiedzieli: «Wczoraj, gdyśmy byli u lamy, nalał nam na języki po kropli wody o stu doskonałych smakach i do tej pory nie musimy jeść. Ten lama to, zdaje się, nie byle kto, ozdoby i stroje pewnie ma». Król wyruszył więc tylną bramą.
Gdy król z ministrami przybyli przed drzwi lamy, dwaj mnisi wyszli ich powitać u wejścia do jaskini. Lama zasiadł na macie rozłożonej na tronie z berylu o tysiącu szprych. Dla króla zbudowano złoty tron, dla dziewczyny turkusowy. Dziewczyna, przystrojona w ozdoby i szaty nie do wyobrażenia, wyszła do drzwi powitać króla. Że oboje mieli wspólną karmę z dawnych żywotów, ledwie się ujrzeli, było to jak spotkanie matki z dzieckiem, i trzymając się za ręce, weszli na górę.
Pokłonili się lamie, a potem król zasiadł na złotym tronie, dziewczyna na turkusowym. Dwaj mnisi ugościli króla i jego świtę ze wszystkim, co najlepsze. Lama obsypał oboje kwiatami i rzekł: «Obyście byli pożytkiem dla wszystkich istot». I oddał dziewczynę królowi. Dziewczynie zaś dał taką przestrogę: «Kiedyś wyrwie ci się nieopatrzne słowo. Wtedy uciekaj i przyjdź tutaj. Zostanę tu jeszcze rok».
Potem król z ministrami wrócili do pałacu. Król rządził, a królestwo kwitło i rosło. Król i dziewczyna przysparzali sobie nawzajem chwały, tak że i ów król, który przedtem przyprowadził wojsko, stał się ich poddanym.
Pewnego razu królowa wzięła ze sobą służącą i wyszła na obejście wokół murów pałacu. Wtedy przy bramie pałacowej zobaczyła starą kobietę, która w prawej ręce niosła sakwę, a w lewej kij. Królowa rzekła do służącej: «Biegnij przodem, ja zapytam tę staruszkę, skąd jest» – i podeszła do niej. Dziewczyna była pięknie przystrojona z zewnątrz i dobrze odżywiona, więc matka jej nie poznała i pokłoniła się. «Matko, to ja, twoja córka» – rzekła dziewczyna i podniosła ją, ująwszy za głowę. Matka powiedziała: «Prawdę mówiąc, miałam córkę, ale gdzież by to mogła być ona? Pobiłam ją o miarę ryżu i odtąd ani o niej nie słyszę, ani jej nie czuję». Dziewczyna opowiedziała matce wszystko, co się wydarzyło, i wtedy matka poznała córkę.
Matka poszła z córką do pałacu. Dziewczyna miała własną komnatę i zaprowadziła tam matkę prosto, dała jej szaty i buty, częstowała ją wszelkim jadłem i napojem, a matka żyła wygodnie. Przez wstyd przed królem nie powiedziała mu jednak, że jest u niej matka.
Po jakimś czasie matka spadła z drabiny, roztrzaskała sobie potylicę i umarła. Dziewczyna pomyślała: „Gdybym powiedziała królowi, zanim umarła, wszystko byłoby dobrze. Co mam teraz zrobić?”. W pośpiechu położyła ciało na stoliku w głębi komnaty, tam gdzie stały święte wizerunki, i zasłoniła je jedwabną kotarą. Dniem i nocą paliła przed nim lampki maślane. Modliła się do Tary, aż ciało matki zamieniło się w piękny turkusowy dzban, a z dzbana wyłoniła się niezwykła Tara.
Pewnego razu król rzekł: «Dziewczyno, co noc nosisz tam lampkę, musisz mieć jakieś bóstwo opiekuńcze». Udał się do jej komnaty, ujrzał turkusowy dzban i spytał: «Dziewczyno, kto ci dał ten dzban? W zeszłym roku nie było o nim mowy». Dziewczyna zerwała się w pośpiechu i odpowiedziała: «Dała mi go matka». Król rzekł: «Masz, widać, bardzo bogatą matkę. Szykuj się, pojedziemy ją odwiedzić». Rano dziewczyna pokłoniła się królowi i rzekła: «Pójdę powiedzieć matce, żeby się przygotowała». I poszła do lamy.
«Zawołałam do środka moją matkę, która stała u bramy. Kiedy staruszka umarła, z jej kości powstał turkusowy dzban. Król spytał: »Jakie to bóstwo, do którego wciąż nosisz lampkę?«. Wyrwało mi się: »Dała mi go matka«, a on na to: »Masz bardzo bogatą matkę, pojedziemy ją odwiedzić«. Przyszłam więc po radę, co lepiej zrobić».
Lama rzekł: «Mówiłem, że przyjdzie czas, gdy będę ci potrzebny, i że zostanę tu jeszcze rok. To właśnie ten czas. Jutro poproś króla, żeby wyruszył z całą świtą. Za przełęczą jest wielkie miasto z pałacem. Wyjdzie do ciebie wesoła staruszka i spyta: »Czy córka przybyła?«. Odpowiedz: »Przybyłam«. Wyjdzie młodzieniec z turkusowym kolczykiem i spyta: »Czy córka przybyła?«. Odpowiedz: »Przybyłam«. Poddani, świta i służba będą ci się kłaniać. Powiedz im: »Czy macie się dobrze?«. Potem przyjmą was ze wszystkim, co najlepsze. To wszystko przyniesie ci pożytek. Nigdy potem nie mów o tamtym miejscu. Weź ten kryształowy różaniec i strzeż go. Kiedy dojdziesz na przełęcz, obejrzyj się raz na mój klasztor».
Dziewczyna poprosiła króla, żeby wyruszył, i król z poddanymi i świtą ruszył w drogę. Gdy tam przybyli, wyszła wesoła staruszka i spytała: «Czy córka przybyła?». «Przybyłam. Matko, czy dobrze się masz?» – odpowiedziała. Potem wyszedł młodzieniec z turkusowym kolczykiem i spytał: «Czy córka przybyła?». «Przybyłam. Bracie, czy dobrze się masz?» – odpowiedziała. Poddani i świta, kłaniając się, pytali: «Czy pani przybyła?». «Przybyłam. Czy macie się dobrze?» – odpowiedziała.
Przed królem złożono wtedy miary złota, miary srebra i inne dary. Dziewczynie też dano wiele złota i srebra. Ministrów obdarowano hojnie, a pozostałym sługom dano dary nie do wyobrażenia. Potem para królewska wróciła do pałacu.
Gdy ujrzeli klasztor, dziewczyna obejrzała się. Nad tamtą jaskinią z nieba spłynął długi biały jedwab, białą jedwabną drogą odszedł Budda z dwoma uczniami, a za nimi dakini, która zwijając jedwab, uniosła się w niebo.
Para królewska z ministrami weszła do pałacu. Dzięki mocy podarowanego kryształowego różańca urodził się syn, a królestwo kwitło i rosło jeszcze bardziej niż przedtem. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz.
Królewiczowi wyrwało się wtedy: „Ta dziewczyna, co dała Buddzie miarę ryżu, miała wielkie zasługi!”. Truposz rzekł: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!” – po czym trzykroć smagnął go jak ogniem i uleciał.
Królewicz pomyślał: „Jeśli wrócę bez Truposza, nic mnie nie czeka prócz nagany”. Wrócił więc na cmentarzysko i ruszył, przestępując trupy, które wołały „ha-la”, i kopiąc te, które wołały „hu-lu”, i doszedł pod owo drzewo.