Rozdział szesnasty
O tym, jak chłopiec, który zbierał chrust, w końcu zasiadł na tronie
Królewicz znów ciął drzewo nożem i rzekł:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moja pałka jest z ciemnej akacji,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął rąbać drzewo. Truposz spadł, a królewicz zdzielił go pałką, wpakował do sieci i związał lassem. Gdy uszedł siedem czy osiem kroków, Truposz przemówił: „Królewiczu, królewiczu! Opowiedz jakąś opowieść, żeby droga zdała się krótsza”. Królewicz pomyślał: „Znam twoje sztuczki” i milczał. „Z ust nędznika takiego jak ty, królewiczu, słowa się nie doczekam. Opowiem więc ja, a ty słuchaj!” – rzekł Truposz.
„W pewnej wielkiej dolinie żył wielki król. W jego stolicy żyła, jak powiadają, matka z synem, którzy utrzymywali się ze zbierania chrustu. Pewnego dnia syn zagapił się na zabawę, nie znalazł chrustu do niesienia i tej nocy położył się spać w skalnej jamie. Przyszła wielka woda, nie dało się tam wytrzymać, więc wstał i poszedł gdzie indziej. Nazajutrz nazbierał chrustu, ile mógł udźwignąć, i w drodze powrotnej przysiadł, by odpocząć. Wtedy z ziemi dobiegł głos: «I-i!». Spojrzał, co to takiego, a ze środka ziemi wypłynął na wierzch klejnot spełniający życzenia. Zaniósł klejnot do domu. Matka spytała: «Synu, czemu wczoraj nie wróciłeś?». «Wczoraj zagapiłem się na zabawę i nie znalazłem chrustu. Bałem się, że mnie, matko, zbijesz, więc zostałem» – odparł. Odtąd dzięki mocy klejnotu nie musieli już jak dawniej sprzedawać drewna na opał i żyli szczęśliwie.
Król usłyszał, że matka z synem mają klejnot. «Ten klejnot jest nam potrzebny. Was, matkę z synem, my utrzymamy» – rzekł i posłał ministra. Minister przyprowadził matkę z synem, a oni przynieśli klejnot królowi. Pokłonili się, złożyli mu klejnot i rzekli: «Nasza dola, królu, jest teraz w twoich rękach». Król odparł: «Zaopiekuję się wami, bądźcie pewni». Syna zrobił swoim podczaszym od herbaty, matce dał, czego trzeba do życia, i osadził ją osobno.
Z czasem chłopiec, przystrojony na zewnątrz w szaty, a w środku syty, wyrósł na pięknego, promiennego młodzieńca. Wtedy królowa rzekła: «Piękny chłopcze, przyjdź do mojej sypialni». Ale on bał się królewskiego gniewu i nie poszedł. Królowa rozgniewała się i udała chorą. Król spytał, co pomoże na jej chorobę. «Na moją chorobę jest sposób – rzekła. – Zabij naszego podczaszego, wyjmij mu serce i daj mi, a to mi pomoże». Król odparł: «Choćbyś miała umrzeć, zabić go nie można. Wystarczy go odesłać tam, gdzie oko go nie zobaczy». Królowa rzekła: «Jeśli już go odsyłasz, to na zachodzie, w krainie ogrów, żyje córka ogra Lanki Dodżo, zwana Sale Niakczik. Niech on ją sprowadzi. Jeśli jej nie sprowadzi, nie ma innej rady, jak go zabić».
Król dał chłopcu prowiantu na jednego słoniajeden tobołek na plecy i rzekł: «Na zachodzie, w krainie ogrów, żyje córka ogra Lanki Dodżo, zwana Sale Niakczik. Sprowadź ją. Jeśli nie sprowadzisz, rozstaniesz się z życiem». Chłopiec, zgodnie z królewskim rozkazem, wyruszył na zachód, do krainy ogrów.
Gdy dotarł do krainy ogrów, zobaczyła go strażniczka ogrów, odźwierna, piękna i promienna dziewczyna, i rzekła: «Masz szczęście. Dziś nie ma tu żadnych ogrów prócz moich rodziców i mnie. Pani zwana Sale Niakczik jest panią nas, ogrów, i przełożoną dakiń. Jest oddana Dharmie, więc dziś tam, daleko, udziela swoim poddanym ogrom ślubów postu. Post trwa trzy dni i przez ten czas ogry nie jedzą ludzi. Pani Sale Niakczik jest tak oddana Dharmie, że cokolwiek przedsięweźmie, wszystko jej się udaje. Jutro post się kończy. Jeśli cię tu ukryję do piętnastego dnia przyszłego miesiąca, twoja sprawa się powiedzie. Powiedz mi, z czym przychodzisz». On odparł: «Gdy byłem w krainie ludzi, królowa kazała mi przyjść do swojej sypialni. Nie poszedłem, więc królowa udała chorobę sercakrólowa ze złości udała chorobę i nagadała królowi. Rozkazano mi: »Sprowadź Sale Niakczik, córkę ogra Lanki Dodżo; jeśli jej nie sprowadzisz, rozstaniesz się z drogim życiem«. Dlatego przyszedłem, żeby ją sprowadzić».
Dziewczyna rzekła mu: «Pani Sale Niakczik jest przełożoną dakiń pięciu rodów. Zwykli ludzie nie mają do niej przystępu. Wielu jej pragnęło, choćby sam Indra, władca bogów, a ona dotąd z nikim nie poszła. Ale ty, człowieku, masz chyba wielkie zasługi. Jeśli wokół miejsca, gdzie śpisz, krąży światło na sążeń szerokie, nie jesteś zwykłym człowiekiem i może zdołasz ją sprowadzić. A jeśli ją sprowadzisz, nie będziesz musiał oddawać jej królowi za żonę: i król, i poddani podporządkują się tobie, a ją będziesz mógł pojąć za własną żonę».
On rzekł: «Dziewczyno, proszę, ustrzeż mnie, żeby ogry mnie nie zjadły, i pomóż mi spotkać się z panią». Dziewczyna wprowadziła go do małej izdebki, swojej sypialni z boku, i zamknęła mocno drzwi. Wieczorem dała mu obficie jeść i pić. Po jakimś czasie, w dniu, gdy nastała szczęśliwa pora piętnastego dnia, pani Sale Niakczik przybyła na miejsce. Ogłoszono: «Niech zbiorą się tam wszyscy».
Dziewczyna spytała rodziców: «Czy tym razem mam iść?». Rodzice odparli: «Możesz iść. Biegnij razem z matką i z panią Alcze». I zgodzili się ją puścić. Inni poszli za dnia, a ona nie poszła za dnia, tylko w nocy. O świcie przy drzwiach pałacu króla ogrów, zbudowanego z pięciu drogocennych substancji, był wielki głazbył wielki głaz z lanego brązu, krwawy kamień; posadziła chłopca na nim.
Dziewczyna weszła do pałacu. Pośrodku zgromadzonych poddanych, na tronie z pięciu drogocennych substancji, zasiadała pani Sale Niakczik. Dziewczyna stanęła przed nią, pokłoniła się i poprosiła o błogosławieństwo. Gdy tylko pani Sale Niakczik ujrzała dziewczynę, ogarnęła ją niezmierna radość, jakiej nigdy przedtem nie zaznała. Tej nocy miała też dobry sen. Dziewczyna rzekła: «Przyprowadziłam przed twoje oblicze, pani, chłopca bardzo pięknego i miłego; przyszedł razem ze mn໫Razem ze mną przyszedł bardzo piękny i miły chłopiec, mówiąc, że pragnie stanąć przed obliczem pani».
Pani odparła: «Dziewczyno, idź szybko, znajdź mu kwaterę i strzeż go od krzywdy. Spotkamy się tej nocy». Dziewczyna szybko poszła i rzekła: «Już jakbyś spotkał się z panią, więc bądź spokojny» – i zostawiła go w kwaterze. Tej nocy, gdy skończył się post, choć było już przed świtem, pani rzekła: «Przyprowadź wczorajszego chłopczyka». Dziewczyna poprowadziła go przed oblicze pani.
Gdy przed nią stanął i chciał się pokłonić, rzekła: «Jesteś wielkim mężem, który towarzyszył mi we wszystkich żywotach, nie mogę przyjąć twojego pokłonu» – i mocno chwyciła go za rękę. On rzekł do królowej Sale Niakczik:
«W dawnym żywocie zebrałem zasługi i zyskałem cenne ludzkie ciało,
lecz w dawnym żywocie nie dawałem jałmużny i urodziłem się synem biedaka.
Pewna diablica została żoną króla,
a to moje ciało, piękne jak ciało boga,
wpadło jej, diablicy, w oko;
nie usłużyłem jej, więc wygnała mnie na kraniec świata,
i z woli karmy spotkałem ciebie, bogini».
Bogini odparła:
«Ja i ty, wielki mężu,
jesteśmy towarzyszami od dawnych żywotów.
Poproś wkrótce ojca o moją rękę,
a poskromienie diablicy biorę na siebie».
Tak rzekła i wprowadziła go do swojego pałacu z pięciu drogocennych substancji.
Dziewczyna rzekła: «Jutro jest szczęśliwy dzień, poproszę ojca». Nazajutrz poszła do swego ojca, króla Lanki Dziesięcioszyjego, i rzekła: «Ojcze królu, racz posłuchać. Wielki mąż, który towarzyszył mi przez żywoty, przyjął ludzkie ciało, a jakiś niegodziwy król wygnał go do krainy ogrów, jak powiadają. Łączy nas karma z dawnych żywotów, więc spotkaliśmy się tutaj». Król odparł: «Córko Sale Niakczik, posłuchaj mnie». I dodał:
«Wielu cię pragnie, choćby Indra, władca bogów,
a czyż ma być wyższy nad Indrę chudonogi ludzki ród?
Choćby i był władcą świata, nad Indrę nie będzie wyższy.
Oddać cię zwykłym chudonogim – to niemożliwe».
Córka odparła: «Kto przestaje ze mną, choć zwykły, wzniesie się wysoko; kto ma bogactwa i dostatek, ten i królem zostanie». Ojciec rzekł: «Nawet jako dzielny sługa na towarzysza się nie nadaje.Choćby mianować go lepszym ze sług, na towarzysza się nie nadaje. Jeśli ma moc dawnych modlitw, wystarczy go przyjąć na sługę. A i to rozstrzygnę później, gdy go wypróbuję».
Córka pomyślała: «Mój ojciec, król, ma złe serce; kto wie, jaka może przyjść krzywda». I rzekła: «O wielki królu, musisz przysiąc na swoją głowę, że mężowi, który towarzyszył mi w dawnych żywotach, gdy stanie przed tobą, nie przytrafi się żadna krzywda ani przeszkoda». Król odparł: «Póki nie wykona trudnych zadań, nie wolno mu do mnie przychodzić». «Jakie trudne zadania ma wykonać?» – spytała. «Trudnych zadań jest wiele: szukać lwa pośród śniegów, szukać klejnotu pośród oceanu i wiele innych. Niech najpierw wykona te dwa».
Córka rzekła: «Lew to skrzydło białych śniegów, potwór morski to skrzydło oceanu. Ja i ten mąż jesteśmy towarzyszami przez tysiąc żywotów i mamy jedno życie na dwoje, a takich trudnych zadań nikt nie wykona». Król rzekł: «Skoro nie możecie się rozstać, mam trzysta osłów. Niech w jeden dzień każdy z nich przyniesie na grzbiecie ładunek darni». Córka odparła: «Trzeba wykonać rozkaz» – i wróciła do swojego pałacu.
Nazajutrz córka rzekła do niego: «To nie są osły, tylko ogry w oślich skórach. Weź tego mojego konia i jedź tam w górę. Na trzysta osłów jest sześćset powrozów, trzysta pałek i trzysta koszy.Na trzysta osłów jest sześćset powrozów i trzysta pałek; przekaż im trzysta koszy. Gdy dotrzesz tam, gdzie kopie się darń, uderz każdego osła raz pałką i powiedz: »Jedzcie swoje jadło i róbcie swoją robotę«. Potem usiądź na wzgórzu. Każdy z nich przyniesie ładunek darni. Gdy zbiorą się wszyscy, tłucz ich pałką i mów: »Leniwe osły, nie idziecie? Przeklęte osły, nie idziecie?« – i pędź ich do tamtego mostu. Kiedy zaczną przechodzić most, dosiądź konia i jednym tchem uciekaj do pałacu». Tak go pouczyła.
Chłopiec zrobił, jak go nauczyła Sale Niakczik: pognał osły po darń. Sam usiadł na wzgórzu, a spod skóry każdego osła wyszło po ogrze i kopało darń. Gdy skończyły kopać, włożyły oślie skóry i przyszły, każdy z ładunkiem darni. Gdy było ich pełne trzysta, wziął konia za uzdę i tłukąc pałką, pędził je przed sobą. Tłukł je, póki nie doszły do mostu, a gdy były już prawie po drugiej stronie, mocno ścisnął konia, dosiadł go i uciekł do pałacu. Trzystu ogrów zrzuciło oślie skóry i rzuciło się za nim w pogoń, ale nie zdołały go dogonić.
Nazajutrz król rzekł: «Niech przyjdą do mnie oboje». Gdy przybyli do pałacu, dla niego ustawiono mały tron, a dla córki – tron z turkusu. Gdy chłopiec chciał się królowi pokłonić, król spadł z tronu. Wyszedł mu na spotkanie, ustawił mu tron równy swojemu i podjął go wspaniale.
Długo rozmawiali o sprawach tego świata. Wreszcie król rzekł: «Mojej córki Sale Niakczik pragnęło wielu, choćby Indra, ale dotąd nikomu jej nie obiecałem. Ty i moja córka, jak widać, nie możecie się rozstać przez żywoty, więc ci ją daję. Ja jestem królem, który dla poskromienia ogrów składa ofiary z mięsa i krwi. Wam dwojgu nie trzeba trudu bogactw, dostatku i rządzenia królestwem».
Chłopiec odparł królowi: «Choć urodziłem się biedakiem, dzięki zebranym zasługom spotkałem ciebie, królu Dharmy, i spotkałem tę boginię, z którą łączy mnie karma. My dwoje na pewno będziemy posłuszni twoim rozkazom». Król chciał im dać skarby: złoto, srebro, miedź, żelazo, jaki, konie i owce – czego dusza zapragnie. Ale chłopiec rzekł do córki: «Jeśli nie weźmiemy choć trochę jadła i sprzętów, nie będę miał w domu zupełnie nic».
Córka odparła: «Dokądkolwiek przybędziesz, spadnie deszcz bogactw, a dokądkolwiek przybędę ja, spadnie deszcz jadła». Córka dosiadła konia maści karej, a on – wspaniałego rumaka. Ojciec, król, z orszakiem odprowadził ich na trzy mile. Przez osiemnaście dni rozmawiali, dawali sobie rady i przestrogi, aż ojciec z ministrami zawrócili. A córka i on ruszyli do Tybetu.
Nim dotarli do jego kraju, napotkali wielkie pustkowie. Królowa Sale Niakczik wypowiedziała tam modlitwę i dawne ciernie i trujące drzewa zmieniły się w drzewa sandałowe, boskie kwiaty mandarawy i tym podobne. Popłynęła woda o ośmiu przymiotach, rozkwitły zboża, ryż i inne, a wyrósł też zamek z pięciu drogocennych substancji. W nim były niezliczone skarbce złota, srebra, miedzi i żelaza oraz poddani, orszak i służba, około trzystu domostw.
Tę szczęśliwą krainę ujrzeli pasterze bydła i owiec dawnego króla. Powiedzieli królowi: «Na naszej ziemi stoi niewyobrażalny pałac z klejnotów, którego przedtem tam nie było». Król rzekł: «Może to nasz chłopak, którego w zeszłym roku posłaliśmy do krainy ogrów po Sale Niakczik, ją sprowadził? Trzeba posłać jego matkę, żeby zobaczyła». I rzekł do matki: «Biegnij i zobacz, czy twój syn wrócił. Tam w górze, na naszej ziemi, stoi pałac z orszakiem, którego przedtem nie było. Idź i zobacz». I posłał ją. Stara matka poszła wolnym krokiem.
Gdy doszła tam, skąd było widać pałac, królowa Sale Niakczik rzekła do króla: «Wielki mężu, twoja matka nadchodzi». Królewicz osiodłał konia i wyjechał jej na spotkanie. Gdy spotkał matkę, posadził ją na koniu, sam poprowadził konia za uzdę i przybyli do pałacu. Gdy weszli, matka pokłoniła się królowej Sale Niakczik.
Wtedy król rzekł: «Czemu mówisz, żebym się nie kłaniał, kiedy chcę się pokłonić?». Królowa odparła: «Wielki mężu, jesteś moim małżonkiem przez żywoty, więc nie mogę przyjąć twojego pokłonu». Matce podano wspaniałe jadło i napój. Pojutrze obładowali ją darami dla dawnego króla: klejnotem spełniającym życzenia zwanym Dżniati, wyrwanym z korzeniami drzewem aruro i innymi. Posadzili ją na koniu i odesłali.
Matka przybyła do królewskiego pałacu, złożyła królowi dary i rzekła: «Mój syn wykonał trudne zadanie i wrócił». Król wezwał ministrów i dworzan i rzekł: «Ten, którego posłaliśmy do krainy ogrów po Sale Niakczik, sprowadził ją i stanął na naszym tamtejszym pustkowiu z pałacem, orszakiem i poddanymi. Co najlepiej zrobić?».
Jeden z ministrów dworu rzekł: «Człowiek, którego stąd posłaliśmy po Sale Niakczik, to ktoś, wokół kogo, gdy dawniej służył królowi jako podczaszy od herbatyjako pastuch wielbłądów, bez ognia i bez lampy krążyło światło na sążeń szerokie. Jeśli zrobimy mu krzywdę, przegramy, nic innego. Król nie ma syna; czy nie byłoby dobrze przyjąć go za syna i kazać mu rządzić oboma królestwami?». Inny minister wstał i rzekł królowi: «Ten nasz człowiek żył skromnie i przyzwoicie. To nasza królowa go tu nie zostawiła, więc teraz potrzeba właśnie czegoś takiego».
Król postanowił udać się do niego na słoniu z dziesięcioma ministrami. Jeden z ministrów rzekł: «Jeśli pojedziemy do niego bez klejnotów i innych darów i okażemy pychę, przyjdzie nam potem składać mu daniny. Jeśli pychy nie okażemy, wystarczy przyjąć od niego dary». Król odparł: «Masz rację» – i wziął ze sobą klejnot o trzech krawędziach.
Gdy król przybył do jego pałacu, chłopiec najpierw, jak poddany, chciał wyjść mu na spotkanie. Ale królowa, siedząc na turkusowym tronie, rzekła: «Ty jesteś wielkim mężem, a tamten jest królem jałmużny». Chłopiec chciał ustawić królowi złoty tron, ale królowa rzekła: «Złoty tron mu się nie należy» – i ustawiono tron z konchy. Na złotym tronie usiadł on sam, a królowa na turkusowym. Król wszedł do pałacu i nie mogąc znieść blasku dziewczyny, w pośpiechu pokłonił się królewskiej parze.
Chłopiec, z początku zachowując się jak poddany, oddał mu pokłon, a wtedy nos króla przywarł mu do dużego palca u nogi i król nie mógł się podnieść. «Co to ma znaczyć?» – spytano. Królowa Sale Niakczik odparła: «Ten król w dawnych żywotach dawał jałmużnę, a ty jesteś wielkim mężem, który przez eony gromadził zasługi. Dlatego prosiłam cię wcześniej, żebyś nie oddawał pokłonów».
Chłopiec zszedł wtedy z tronu i spytał, co robić. «Wielki mężu, usiądź na złotym tronie. Niech ministrowie powiedzą: »On jest następcą króla« i wybiją sto pokłonówNiech ministrowie, w zastępstwie króla, wybiją sto pokłonów, a wtedy król będzie mógł wstać» – rzekła królowa. Gdy dawni ministrowie wybili pokłony, król od razu się podniósł. Potem usiadł na tronie z konchy i podjęto go wspaniale. Król złożył klejnot w darze.
Podczas rozmowy królowa Sale Niakczik rzekła do króla: «Nie odebrałeś życia diablicy i robiłeś wszystko, co ci kazała, więc twoje królestwo dzień po dniu podupada. A do tego nosisz w sobie złą myśl, by krzywdzić innych». Jeden z ministrów rzekł: «Gdyby ta królowa, diablica wcielona w człowieka, wcześnie umarła, król pojąłby inną żonę, ród królewski by nie wygasł, a poddani by rozkwitli». Królowa rzekła: «Ja i ten wielki mąż jesteśmy towarzyszami od dawnych żywotów. Gdybym przyszła na czele stutysięcznego wojska ogrów, ten król nie ostałby się ani dnia i uległby zagładzie. To, że nie zginął, zawdzięcza mojej dobroci, i niech o tym wie. Królu, ty też jesteś już stary. Gdybyś prowadził wojska i tym podobne, pierwsza klęska spadłaby dziś na ciebie».
Król ucieszył się i oddał im obojgu całe królestwo. Odtąd i to królestwo kwitło i rosło, jak się zdaje” – zakończył Truposz. Królewiczowi Deczo Sangpo wyrwało się wtedy: „Ten człowiek to miał szczęście!”. Truposz rzekł: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!” – i uleciał.