Rozdział piętnasty
O tym, jak samotny tkacz, któremu sprzyjało szczęście w drodze, uszedł z paszczy tygrysa ludojada, poskromił jadowitego węża i lisa ludojada i zasiadł na tronie
Wtedy królewicz dobył miecza, podszedł do drzewa i przeciął pień do połowy, mówiąc:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moja pałka jest z ciemnej akacji,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął rąbać drzewo. Truposz spadł, a królewicz obtłukł go pałką od czubka głowy po podeszwy stóp. „Czego tak kłapiesz gębą?” – rzekł i ciął go mieczem. „Czego tak mrugasz oczami?” – rzekł i wbił mu nóż w oczy. Połamał mu całe ciałoRozczłonkował mu całe ciało, wpakował do sieci i poniósł. Gdy uszedł siedem czy osiem kroków, Truposz przemówił: „Królewiczu, królewiczu!”. Królewicz pamiętał przestrogę i milczał. „Z ust nędznika takiego jak ty, królewiczu, słowa się nie doczekam – rzekł Truposz. – Opowiem więc ja, a ty słuchaj!”
„W pewnej dolinie żył król. W górze tej doliny mieszkał, jak się zdaje, tygrys, tygrys ludojad, któremu dolina musiała co roku oddawać po trzech ludzi. W górze doliny mieszkał samotny tkacz, a w dole – pracowita matka z dwojgiem dzieci. Na tych troje przypadła kolej, by zjadł ich tygrys. Owego wieczoru tygrys wspiął się po drabinie do ich domu i przyczaił się w kącie. Matka pomyślała: «Jeśli nawet mnie zje, nie żal mi, jestem już stara. Ale jak by tu ocalić tych dwoje dzieci?».
Zjedli wszystko, co mieli do jedzenia, wypili wszystko, co mieli do picia, i tak siedzieli. Wtedy matka rzekła: «Tej nocy tygrys zje nas troje. Dzieci, czy nie boicie się, że was zje?». Syn odparł: «A czego tu się bać? Stworzenie, którego w istocie trzeba się lękać, jest gdzie indziej». Matka spytała: «A gdzież jest stworzenie straszniejsze od tygrysa?».
Na to syn rzekł: «Straszniejszy od tygrysa jest wielki stwór zwany Zog. Straszniejszy od Zoga jest taki, co się zowie Suru Khapub. A straszniejszy od Suru Khapuba jest taki, co się zowie Dale Ngokja». Tygrys pomyślał: «Straszniejszy ode mnie jest Zog, straszniejszy od Zoga Suru Khapub, straszniejszy od Suru Khapuba Dale Ngokja. Tamtych dwóch nie muszę się bać, ale kto wie, czy Suru Khapub nie nakryje mnie po swojemu? Jeśli tej nocy nie zjem wołu z zagrody i nie wybadam, co i jak, nie wiadomo, co się stanie». Wszedł do zagrody, zjadł starego pstrego wołu, który tam stał, i ułożył się do snu.
A tymczasem samotny tkacz z górnej doliny pomyślał: «Księżyc piętnastego dnia, w pełni, wzeszedł już i nieco przewędrował. Tygrys zjada ludzi o zmierzchu, więc trzeba mi ukraść wołu tamtej trójki, matki z dziećmi, i go zjeść». W prawą rękę wziął pałkę, na lewe ramię zarzucił powróz i poszedł ukraść wołu matki z dziećmi. Gdy doszedł do bramy, nie usłyszał ani ludzkiego głosu, ani szczekania psa.
Księżyc w pełni stanął w zenicie. Tygrys leżał na podwórzu zagrody, zwinięty w pstry kłębek. Samotny tkacz pomyślał: «Nie słychać ani ludzi, ani psa. To na pewno ten pstry wół» – ucieszył się i dosiadł tygrysa. A tygrys pomyślał: «To chyba ten Suru Khapub!» – zerwał się w popłochu i uciekł.
Tkacz pomyślał: «Co tu najlepiej zrobić?», chwycił tygrysa za oba uszy, a ten poniósł go przez osiemnaście przełęczy i dolin. Gdy przebyli wiele przełęczy i dolin, a słońce właśnie wzeszło, przybyli do drzewa sandałowego, na którym było gniazdo garudy. Tej nocy, piętnastego dnia, miały się wykluć pisklęta garudy. U stóp drzewa mieszkał wielki jadowity wąż, który rankiem piętnastego dnia zamierzał wspiąć się na drzewo i zjeść pisklęta.
Samotny tkacz pomyślał: «Trzeba mi zarzucić powróz na tamto drzewo i się go trzymać». Gdy dotarli do drzewa, zarzucił powróz i schwycił nim jadowitego węża za ogon. Wąż spadł na dół i ukąsił tygrysa w serce, a tygrys zabił węża.
Tygrys i wąż padli tam obaj. Było tam wielu pasterzy z doliny i widzieli wszystko: najpierw tkacz przybył na tygrysie, potem zarzucił powróz na węża, a tygrys i wąż stoczyli walkę. Pasterze pobiegli to opowiedzieć królowi w dole doliny, a król posłał do tkacza dzielnego ministra razem z pasterzami. Tkacz siedział i zdzierał z tygrysa skórę. Minister rzekł do niego: «Czy dobrze się miewasz, panie? Nasz wielki król prosi, byś do niego przybył».
Zdarł więc z tygrysa skórę i udał się do króla. Gdy przybył do króla, ten dał mu swoją jedyną córkę i nadał mu imię: Siostrzeniec, Jeździec Tygrysa z Wężowym Lassem w Dłoni. Pewnego razu zaproszono go na wielkie wesele w dolinie. Upił się piwem, wrócił do domu i rzekł: «Królewno, pościel mi łoże, a sama też się połóż».
Gdy królewna posłała mu łoże, westchnął ciężko i rzekł: «Królewno, ja jestem tym samotnym tkaczem z górnej doliny. Poszedłem ukraść pstrego wołu tamtej trójki, matki z dziećmi, i natknąłem się na tygrysa ludojada. Myślałem, że to wół, ucieszyłem się i go dosiadłem, a tygrys poniósł mnie przez przełęcze i doliny bez liku. Myślałem, że to gałąź sandałowca, zarzuciłem powróz i schwyciłem jadowitego węża za ogon. Wąż zawrócił i ukąsił tygrysa w serce, a tygrys, nie mogąc tego znieść, chwycił węża za łeb. Gdy siedziałem i zdzierałem z tygrysa skórę, przyszedł minister, by mnie zaprosić. Gdy stanąłem przed królem, dał mi ciebie, swoją córkę». I dodał:
«Ja, samotny tkacz z górnej doliny,
nie wiem, czy kochasz mnie z serca, królewno,
ja, co jem tkacki chleb na miarę rąk –
pytam cię: czy jesteś mi rada?»
Królewna rozgniewała się. Poszła do króla i z płaczem rzekła: «Ojcze królu, nie masz nikogo prócz mnie, jedynej córki, i mogłeś mnie dać, komu chciałeś. Ale sądząc z tego, jak on bez ogródek mówi prawdę, to jest ten samotny tkacz z górnej doliny».
Król odparł: «Córko, nie trap się. Czy to prawda, czy nie, możemy jeszcze sprawdzić». Przywołał mądrego ministra i rzekł: «W górze naszej doliny mieszka lis ludojad, któremu co roku trzeba oddawać człowieka. Powiedz siostrzeńcowi, żeby go poskromił, i wypytaj go, jakich narzędzi mu trzeba».
Mądry minister przyniósł dzban piwa, nalał mu i zapytał: «Żeby poskromić lisa ludojada z górnej doliny, któremu co roku trzeba oddawać człowieka – powiedz mi, proszę, jakich narzędzi ci trzeba». Tkacz pomyślał: «Rzemiosło mam tkackie, a narzędzi nie mam innych niż krosno. Co tu najlepiej odpowiedzieć?». Wpatrzył się szeroko otwartymi oczami w filary i belki stropu i rzekł: «Łuk na filarze piękny, jak skrzydło szybującej garudy, a belka długa, jak pełznący jadowity wąża belka gładka i długa, jak pełznący jadowity wąż». «Zrozumiałem» – odparł minister i wrócił.
Tkacz nie musiał już nic odpowiadać i serce mu ochłonęło. Minister stanął przed królem i rzekł: «Siostrzeniec mówi, że trzeba mu strzały wielkiej jak filar i łuku wielkiego jak belka». W królewskim ogrodzie ścięto wierzbę grubą jak belka i zrobiono z niej łuk. Ze sporej liczby rzemieni skręcono cięciwę. Z grubych i giętkich wierzb zrobiono strzały. Zebrano kowali, z mnóstwa żelaza wykuto groty, a łuk i strzały ludzie zanieśli tkaczowi.
Gdy ci, którzy je przynieśli, odeszli, tkacz pomyślał: «Leżę w lisiej norze, więc lis na pewno przyjdzie mnie zjeść» – i położył się w niej spać.«Lis jest w norze, więc na pewno przyjdzie mnie zjeść» – i położył się spać. Ale lisa nie było w norze. Gdy wrócił z zewnątrz, zobaczył cięciwę, a że był bardzo głodny i złośliwy, przegryzł ją. Łuk się wyprostował, uderzył lisa w nos i lis padł. Tkacz pomyślał: «W środku go nie ma. Dokąd też poszedł?». Rozejrzał się i zobaczył, że lis leży martwy. Zaraz podszedł do lisa, przywlókł ścierwo, rozciął mu nożem żebra i wepchnął do brzucha strzałę.
Poszedł do króla i rzekł: «Zabiłem lisa ludojada. Proszę, poślij kogoś, żeby go przyniósł». Posłano po ścierwo wielu sług. Tam zdarto z lisa skórę, a łuk i strzały zaniesiono i złożono królowi.Tam zdarto z lisa skórę i przyniesiono ją wraz z łukiem i strzałami, po czym złożono królowi. Król kazał zawołać córkę, a gdy przed nim stanęła, rzekł: «Córko, mówisz, że on jest samotnym tkaczem. Spójrz na tę lisią skórę i osądź, czy nie jest wcieleniem masanga». Córka też się ucieszyła i odtąd żyli razem.
Po jakimś czasie ktoś wyprawił królowi ucztę, a tkacz upił się piwem i rzekł: «Samotny tkacz z górnej doliny – to ja. Położyłem się w norze i czekałem, aż lis przyjdzie mnie zjeść. Lis przegryzł cięciwę, łuk uderzył go w nos i lis padł. Królewno, nie wiem, czy nadaję się na twojego męża. Czy nie lepiej, żebym wrócił w górę doliny jeść tkacki chleb, ile udźwigną ręce?».
Córka rzekła do króla: «Ojcze królu, nie masz nikogo prócz mnie, jedynej córki, i mogłeś mnie dać, komu chciałeś. A dać mnie temu samotnemu tkaczowi to żałosny los». Ojciec odparł: «Jest w nim wielkie wcielenie masanga. Córko, ten mąż jest dla ciebie dobry. Czy on jest samotnym tkaczem, czy nie, możemy sprawdzić. Teraz idzie na nas wojsko z innej doliny i siostrzeniec musi pójść jako wódz. Mądry ministrze, biegnij i zapytaj go, jakich narzędzi mu trzeba».
Mądry minister przyniósł dzban piwa, nalał mu w ogrodzie i rzekł: «Teraz idzie na nas wojsko. Ty, siostrzeńcze, musisz pójść jako wódz, żeby je rozgromić. Powiedz mi, proszę, jakich narzędzi ci trzeba». Tkacz zobaczył w ogrodzie czosnek, dojrzały do kopania, z cebulą u korzenia i z pędami sterczącymi jak groty włóczni, i pomyślał: «Rzemiosło mam tkackie, a narzędzi nie mam innych niż krosno». Tak błądził myślami po ogrodzie i rzekł:
«Korzeń ma biały, w smaku jest ostry,
u góry jadowity trójząb,
a jest go wiele i mocnego».
«Zrozumiałem» – odparł mądry minister i wrócił. Minister rzekł do króla: «Siostrzeniec mówi, że trzeba mu pod siebie gniadego konia o ostrym pysku, do ręki jadowitego trójzęba, a za plecy licznego i silnego wojska. Pojutrze, mówi, ruszamy». Tkacz dosiadł gniadego konia o ostrym pysku, przywdział mocną zbroję, wziął do ręki jadowity trójząb i z wojskiem, które prowadził sam król, za plecami ruszył naprzeciw nieprzyjaciela.
Wrogowie słyszeli, że mają oni dzielnego bohatera, którego zwą Siostrzeńcem, Jeźdźcem Tygrysa z Równin, i przelękli się. Z tamtej strony ustawiło się wojsko i z tej strony ustawiło się wojsko. Gdy już miały się starć, koń tkacza się rozjuszył i poniósł go w sam środek nieprzyjacielskich szeregów. Nie wiedząc, co mówi, tkacz wykrzyknął: «Ojcze, co ja zrobię!», a król usłyszał: «Jak bohaterowie – za mną!». Zawołał więc: «Jak bohaterowie – naprzód!»«Mężowie, róbcie jak ja i za mną!». Zawołał więc: «Mężowie, róbcie jak ja i naprzód!» i rzucił wojsko do ataku. Tkacz nie mógł powstrzymać konia i miotał się to tu, to tam, a wielu ludzi padło od jadowitej włóczni. Wrogowie usłyszeli, że jest tu dziki bohater, krzyknęli: «Jest tu, jest!» i uciekli.Wrogowie pomyśleli: «Słyszeliśmy, że mają śmiałego bohatera, i naprawdę go mają!» – i w popłochu uciekli.
Wygrawszy bitwę, wrócili. «Czy on naprawdę jest tym samotnym tkaczem z górnej doliny? Prawdę mówi przysłowie: kto ma syna, nie przepadnie, a klaczy, która nie rży, nikt nie kupiPrawdę mówi przysłowie: człowiek nie przepada inaczej niż przez kobietę, a klaczy nie sprzedaje się inaczej niż przez jej źrebię» – mówiono. Królewna też była rada, a król i ministrowie cieszyli się i uwierzyli w niego. Król nie miał syna, więc oddał królestwo córce i samotnemu tkaczowi. Królewnie urodziło się pięcioro synów i córek.
Królestwo kwitło i rosło bardziej niż przedtem. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz. Królewiczowi wyrwało się wtedy: „Ta trójka, matka z dziećmi, miała szczęście, ale samotny tkacz miał go jeszcze więcej!”. Truposz rzekł: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!” – po czym trzykroć smagnął go jak ogniem i zniknął z powrotem w tumanie kurzu. Królewicz pomyślał: „Jeśli pójdę do lamy, ten mnie zbeszta”. Ruszył więc, przestępując trupy, które wołały „ha-la”, i kopiąc te, które wołały „hu-lu”, i doszedł do drzewa, jak poprzednio.