Rozdział czternasty
O tym, jak Dżodżo Sangpo wyrwał się z rąk siostry o złym usposobieniu i dzięki dobroci konia, co wszystko rozumie, zyskał zamek, ziemię, bogactwa, stada i władzę
Królewicz znów ciął mieczem w drzewo:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął rąbać drzewo. Truposz spadł, a królewicz wpakował go do sieci, związał lassem i poniósł. Gdy uszedł jakieś siedem kroków, Truposz przemówił: „Królewiczu, opowiedz jakąś opowieść, żeby droga zdała się krótsza”. Królewicz pomyślał, że wie, co się święci, i milczał. Truposz rzekł na to: „Z ust takiego jak ty opowieść nie wyjdzie. Opowiem więc ja, a ty słuchaj!”. I zaczął:
„W pewnej dolinie żyło, jak się zdaje, rodzeństwo, brat i siostra, których rodzice dawno umarli. W górze tej doliny mieszkały dwa ogry, zwane Dzaczen i Dzaczung, a za doliną leżała wielka, ludna osada. Za nią, po drugiej stronie, mieszkała owa siostra, a brat kochał ją bez miary. Mieli stado owiec i dziewczyna chodziła je paść.
Pewnego dnia dziewczyna poszła paść owce w górę doliny, gdzie była dobra trawa i woda. Przyszedł tam też paść owce piękny chłopiec zza przełęczy i spotkali się. Chłopiec spytał: «Co byś powiedziała, gdybyśmy się pobrali?». «Byłoby dobrze» – odparła dziewczyna. «A gdybym poprosił twojego brata, dałby cię?». «Choćbyś prosił, nie ma obawy, że da. Gdyby brat umarł, moglibyśmy się pobrać». Chłopiec rzekł: «W górze waszej doliny mieszkają ogry, jeden zwany Dzaczen, a drugi Dzaczung. Dziś wieczorem, ledwie wrócisz do domu, powiedz, że jesteś chora. Brat cię kocha, więc zapyta: „Co ci pomoże na chorobę?”. Powiedz: „Na moją chorobę jest sposób, ale brat nie da rady”. Powie: „Siostro, jeśli jest sposób, żeby ci pomóc, to pewnie, że to zrobię”. Wtedy powiedz: „Na moją chorobę pomógłby czosnek z ogrodu ogrów Dzaczena i Dzaczunga, którzy mieszkają w górze naszej doliny. Gdyby mi go dać, wyzdrowiałabym, ale brat nie da rady”. On powie: „Jeśli to pomoże siostrze, dam radę” i pójdzie do ich ogrodu. A potem będziemy mogli żyć razem». Tak ją pouczył.
Wtedy nałożyła sobie na prawy policzek czerwonej ochry, a na lewy indyga, a gdy wróciła, powiedziała: «Jestem chora». Brat spytał: «Siostro, co ci pomoże na chorobę?». «Na moją chorobę jest sposób, ale brat nie da rady» – odparła. Brat rzekł: «Rodzice nas obojga dawno umarli. Jeśli jest sposób, żeby ci ulżyć, mów». Dziewczyna rzekła: «W górze naszej doliny mieszka ogr zwany Dzaczung. Gdyby mi dać czosnku z jego ogrodu, wyzdrowiałabym. Ale nie dasz rady». Brat odparł: «Jeśli to siostrze pomoże, dam radę». Dosiadł dobrego konia, co wszystko rozumie, wziął dwa dobre psy i poszedł w górę doliny.
Wszedł do ogrodu ogra Dzaczunga i ledwie nazbierał worek czosnku, zobaczył go Dzaczung. «Nikt dotąd nie śmiał rwać czosnku w moim ogrodzie. Co to za żebrak rwie czosnek?» – rzekł, zakasał rękawy i ruszył na niego. Wtedy koń, co wszystko rozumie, chwycił go zębami za ścięgno nad kolanem, a dwa psy wgryzły mu się w nogi. Sam brat zdzielił go pałką w karkza tętnicę na piersi, a dwa psy wgryzły mu się w nogi. Sam brat zdzielił go motyką w goleń i ogr się przewrócił. Ogr rzekł: «Nie zabijaj mnie, zrobię wszystko, co każesz. Każesz bić, rozbiję głowę własnemu ojcu. Każesz jeść, zjem i wątrobę własnej matki. Każesz iść, pójdę i na samo dno piekła diamentowego» – i złożył przysięgę. Brat go nie zabił, wziął tyle czosnku, ile zdołał unieść, i wrócił. Ledwie przyszedł do domu, dał dziewczynie czosnku do syta. Dziewczyna udała, że wyzdrowiała, i poszła paść owce.
Nazajutrz spotkała chłopca na przełęczy. «Umarł twój brat?» – spytał. «Nie dość, że nie umarł, to jeszcze wrócił, objuczony czosnkiem, ile koń uniesie, i przyprowadził Dzaczunga jako sługę» – odparła. «Twój brat, widać, jest groźny – rzekł chłopiec. – W górze waszej doliny mieszka ogr zwany Dzaczen. Powiedz: „Gdyby mi dać czosnku z jego ogrodu, mogłabym wyzdrowieć, a jak nie, to umrę”». Tak ją pouczył. Znów udała chorą i zrobiła, jak ją nauczył. «Jeśli to pomoże siostrze na chorobę, pójdę» – rzekł brat. Znów osiodłał konia, wziął Dzaczunga i dwa psy i poszedł do ogrodu Dzaczena.
Tam też ledwie narwał worek czosnku, zobaczył go Dzaczen.Zobaczył go Dzaczen. Zakasał rękawy: «To ty, żebraku Dzaczungu, uknułeś coś złego i przyprowadziłeś go tutaj. Nikt dotąd nie śmiał tu przyjść» – rzekł i trzy razy smagnął Dzaczunga biczem. Gdy ruszył na brata, koń skoczył i chwycił go za kark. Dzaczung, rozwścieczony, chwycił go za ścięgno nad kolanem, a dwa psy za podkolanki, i ogr się przewrócił. Ogr Dzaczen rzekł: «Nie zabijaj mnie, zrobię każdą robotę, jaką mi powierzysz. Każesz bić, rozbiję głowę własnemu ojcu. Każesz jeść, zjem i wątrobę własnej matki. A jeśli nie posłucham, co powiesz, możesz posiekać moje ciało na sto kawałków» – i złożył przysięgę. Dzaczungowi kazał nieść ładunek, Dzaczena też poprowadził ze sobą. Gdy przyszedł do domu, dał dziewczynie czosnku do syta. Dziewczyna znów udała, że wyzdrowiała, i pognała owce na przełęcz.
Na przełęczy spotkała chłopca. «Zabili twojego brata?» – spytał. «Mój brat przyszedł z Dzaczenem i przyniósł mnóstwo czosnku» – odparła. Chłopiec rzekł: «Twój brat, widać, jest straszny. Kiedy znów wrócisz do domu, powiedz, że jesteś chora, i połóż się. Jeśli zapyta: „Co pomoże siostrze na chorobę?”, powiedz: „Na tę chorobę zjadłam czosnku i wyzdrowiałam, ale teraz boli mnie brzuch.Od wczoraj zjadłam za dużo czosnku i teraz z tego powodu boli mnie brzuch. Jest sposób, ale bratu przysporzyłby wiele trudu”. Powie: „Jeśli jest sposób, żeby ci pomóc, to pewnie, że to zrobię”. Wtedy powiedz: „Pomogłaby mi sól z wielkiego bezkresnego oceanu”. Brat pójdzie po sól i tam zginie». Tak jej doradził.
Znów jak przedtem udała chorą i powiedziała: «Na moją chorobę pomoże sól». Brat rzekł: «Jeśli ci to pomoże, pójdę», osiodłał konia, wziął Dzaczena, Dzaczunga i dwa psy i poszedł po sól nad wielki bezkresny ocean. Gdy przyszli nad brzeg, okazało się, że sól jest na dnie oceanu. Przewiązał się więc w pasie liną, Dzaczen trzymał drugi koniec, a on wziął worek i zszedł na dno oceanu. Kiedy lina się napięła, miał to być znak, że worek jest pełny i trzeba ciągnąć. Dzaczen pociągnął linę, ale nic nie wyszło. «Nie ma innego sposobu – rzekł Dzaczen. – Psy, pijcie!». I psy piły wodę. «Koniu, ty też pij!» – rzekł, i koń pił. Psy i koń pili, ale tyle wypić nie mogli. «Dzaczungu, ty pij!» – rzekł, i Dzaczung pił, aż woda opadła spod brzegu. Wtedy zacisnął zęby
i przelał wodę za przełęcz, i wielką pustą dolinę zalała powódź. Przeszukali mu usta i szczeliny między zębami, ale nie znaleźli nic prócz soli. Wtedy pił sam Dzaczen i zdołał wypić wszystko. Na dnie była sól morska, zsiadła jak jogurt, i prędko napełnili nią cztery worki. Szukali, czy nie ma jego kości, ale nie znaleźli. Dzaczen zacisnął zęby i wyjął sól, która mu została w ustach, ale wśród soli kości nie było. Dłubał w zębach i w szczelinie między zębami Dzaczena znalazł cały, nienaruszony szkielet. Wyjął kości i rzekł do Dzaczunga: «Nas, pana i sługę, wiąże mocna przysięga. Dzaczungu, weź prowiant, idź prędko i wróć jeszcze dziś. Dawno temu moja starsza siostra, Gungjalma z Nieba, dała mi flaszeczkę nektaru. Nie wiedziałem, na co mi się przyda, więc schowałem ją tam, za Uchem. Przynieś ją». I posłał Dzaczunga po flaszeczkę. Dzaczung znalazł flaszeczkę za Uchem i schował ją w zanadrze. Zjadł prowiant, a gdy wrócił, już zmierzchało.
«Dzaczungu, długo cię nie było» – rzekł Dzaczen. Tę noc przespali na miejscu. Nazajutrz ogrzali szkielet na słońcu i natarli go z wierzchu jedną pigułką nektaru: powstały mięso i krew. Dodali jeszcze jedną pigułkę i mięso wypełniło się jak dawniej. Potem jeszcze jedną: powstała skóra. Potem podali mu do środka jedną dawkę i, jak powiadają, poczuł odrobinę ciepła. Po następnej dawce zaczął oddychać. Po jeszcze jednej odzyskał przytomność jak dawniej. Dzięki mocy leku, co wskrzesza umarłych, trup wrócił do życia.Dzięki mocy leku, co wskrzesza umarłych, mogli wracać. Objuczyli się solą morską i pan ze sługami, człowiek, koń i psy, wrócili do domu.
Napoił dziewczynę solą, aż podniebienie stanęło jej w ranach. Ona też udała, że wyzdrowiała, i poszła paść owce. Znów spotkała chłopca na przełęczy. «Umarł twój brat?» – spytał. «Nie dość, że nie umarł, to jeszcze wrócił objuczony solą morską. Napoił mnie solą, aż mi się usta zraniły» – odparła. «Twojego brata, widać, nic nie pokona» – rzekł chłopiec. Wkradł się dziewczynie do serca i spytał: «Jest jeszcze jakiś sposób, żebyśmy się pobrali?». «Sposoby się wyczerpały. Gdybyś poprosił brata, czy nie dałby?Gdybyś poprosiła brata, czy nie dałby?». Dziewczyna płakała rzewnymi łzami. «Płacz nic nie da. Dasz radę zabić brata?» – spytał. «Dam radę» – odparła. «To dziś wieczorem powiedz: „Bracie, jesteś zmęczony” i pościel mu łóżko. Pod poduszkę brata wsuń kłodę. Koło północy uderz brata w głowę kamieniem na całe naręcze i zabij. Zrób tak, żeby ogry nie zauważyły, że zabiłaś brata, wsiądź na tego konia i uciekaj do mnie».
Pognała owce do domu. Zrobiła wszystkie domowe roboty, których przedtem nie robiła. Posłała bratu łóżko i wsunęła pod poduszkę kłodę. Ogry Dzaczena i Dzaczunga odesłała w kąt. Słała bratu łóżko, udając, że go kocha. Gdy nadeszła północ, dziewczyna wstała tak, żeby ogry nie zauważyły, i zaniosła kamień na całe naręcze do wezgłowia brata. Ale brat, któremu na przygotowanym miejscu było niewygodnie, leżał tam, gdzie nie było kłody. Ona uderzyła kamieniem w miejsce, gdzie położyła głowę brata, i uciekła. Brat zerwał się: «Kto tu?». Dzaczen i Dzaczung przyszli z lampą i zobaczyli, że nikogo obcego nie ma, a dziewczyna, jak powiadają, szykuje się do siodłania konia. «To ta demonica!» – rzekł Dzaczen, ścisnął ją palcami i połknął w całości. Brat wołał: «Dzaczenie, nie rób tego dziewczynie!», ale ogr, jak powiadają, już ją połknął.
Wtedy brat pomyślał: „Cokolwiek zrobiła, żal mi jej” i ogarnął go bezmierny smutek. Ogr Dzaczen rzekł: «Twoje dobro dla niej wyszło na to samo, co zło. Choćby było dla niej jakie lekarstwo, nie podam go. Choćby trzeba było coś za nią dać, nie dam». I schrupał jej kości na drobno. Brat pomyślał: „Cokolwiek zrobiła, my dwoje oddaliśmy sobie serca. Żal mi jej”. Wszystko, co miał, rozdał za nią na dobre uczynki. Dzaczena i Dzaczunga odesłał do ich domu, wsiadł na konia, wziął psy i pojechał daleko, by rozproszyć smutek.
W drodze nad brzeg jeziora, gdzie była dobra trawa i gdzie chciał popaść konia, znalazł, jak się zdaje, grzebień, sznur muszelek i lusterko. Ogier rzekł wtedy: «Kto wie, co się przyda. Weź to». Wziął je więc i usiadł nad brzegiem jeziora. Po chwili jezioro zakipiało. Koń rzekł do niego: «Osiodłaj mnie porządnie, weź psy i uciekaj!». Natychmiast osiodłał konia i wziął psy,weź oba psy i uciekaj!». Natychmiast osiodłał konia i wziął oba psy, a ledwie dosiadł konia, ze środka jeziora wyszła żelazna wilczyca wielka jak górski grzbiet i rzuciła się za nim w pogoń. Gdy już miała go dopaść, koń rzekł: «Chłopcze, wypowiedz życzenie nad grzebieniem i rzuć go». Rzucił grzebień i zmienił się on w las, a kiedy wilczyca go okrążała, uciekł. Gdy znów miała go dopaść, koń rzekł: «Chłopcze, wypowiedz życzenie nad sznurem muszelek i rzuć go». Rzucił, i powstała śnieżna góra podobna do sznura muszelek. Uciekł znów kawałek. Wilczyca znowu już go doganiała. «Chłopcze, wypowiedz życzenie nad lusterkiem i rzuć je» – rzekł koń. On rzekł do lusterka: «Niech powstanie jezioro jak lustro! Niech wilczyca zostanie na tamtym brzegu, a ja ocaleję na tym. Niech będzie takie, że obejść go nie obejdzie, przejść go nie przejdzie, przepłynąć go nie przepłynie!». Rzucił je z przekleństwem i stało się tak, jak powiedział. Z tamtego brzegu jeziora wilczyca zawołała: «Żebraku, byłbyś mi winien życie, ale Dzaczen, Dzaczungale żebracy Dzaczen, Dzaczung i ten koń ocalili ci głowę. Żyj więc!». I zawróciła.
Potem dotarł do wielkiej pustej krainy, a koń opadł z sił i nadszedł jego czas, by umrzeć. Wtedy koń rzekł: «Umieram. Nie martw się o mnie, nie płaczNie umieraj z troski o mnie, nie płacz i nic takiego nie rób, tylko zdejmij ze mnie skórę i rozłóż ją. Głowę połóż pośrodku. Do pyska włóż mi serce,Do pyska włóż mi osierdzie, zęby wybij i rozsiej na łące. Obie nerki połóż przy głowie. Żołądek rozłóż na równinie. Jelitami otocz skórę i głowę. Płuca zanieś w górę doliny. Wątrobę potnij na kawałki i połóż po prawej i lewej stronie płuc. Sierść zbierz i rozsiej po górach. Żółć połóż przy głowie. I nie płacz. Jeśli zapłaczesz, przyjdzie zimno». I koń umarł.
Gdy koń umarł, on pomyślał: „Moja siostra, wróg z dawnego życia, przysporzyła mi takiej niedoli, a teraz umarł koń, który ocalił mi życie” – i zapłakał, a wtedy spadł deszczspadł śnieg z deszczem. Wśród płaczu westchnął, i zrobiło się ciepłe słońce. Zrobił wszystko tak, jak go nauczył koń, a gdy opadł z sił, przestał płakać i zmęczony zasnął w słońcu. We śnie wydało mu się, że jakaś dziewczyna dotyka jego głowy i mówi: «Nie śpij tak, panie, wstań». Obudził się i pomyślał: „Moja siostra okazała się taką demonicą, a koń umarł. Kto tu może być?”. Spojrzał: przed nim stała piękna, promienna dziewczyna, przystrojona w klejnoty. «Wstań, proszę. Jestem tym koniem, który odpłaca ci za dobroć» – rzekła. Gdy wstał, dziewczyna zaprowadziła go do środka.
Był tam przewspaniały pałac o dziewięciu piętrach, który, jak się zdaje, powstał z końskiej głowy. Serce włożone do pyska stało się, jak się zdaje, ową piękną dziewczyną. Z obu nerek powstały dobre konie, takie jak jego własny koń. Z jelit, którymi otoczył skórę i głowę, powstał piękny żelazny mur. Z rozsianej sierści wyrosły w lesie wszelkie drzewa. Dzięki zębom rozsianym na łące powstało stado owiec, którego i kamień z procy nie ruszy z miejsca. A dzięki płucom zaniesionym w górę doliny powstała śnieżna góra jakby z kryształu, która żywiła całą dolinę. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz.
Królewiczowi wyrwało się wtedy: „Choć siostra o złym usposobieniu chciała zabić Dżodżo Sangpo, ten koń, co ocalił mu życie, był wielce dobry!”. Truposz rzekł: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!” – po czym dwakroć smagnął go jak ogniem i zniknął z powrotem w tumanie kurzu.
Królewicz opadł z sił i był głodny. Pomyślał: „Cokolwiek zrobię, Truposza, zdaje się, nie zdobędę”, i wrócił do miejsca odosobnienia. Znaku granicznego przekroczyć nie mógł. Obszedł go kręgiem od wschodu na południe i na znaku granicznym od południa zobaczył przytwierdzony list. Przeczytał: „Synu, ile bym ci nie mówił, nic do ciebie nie dociera. Wcześniej, gdybyś zebrał w sobie wytrwałość, pojawiłaby się żyła złota, która przyniosłaby pożytek istotom, ale się nie pojawiła. Potem, gdybyś zebrał w sobie wytrwałość, Truposz zmieniłby się w złoto powyżej kolan, ale i to się nie stało. Teraz, synu, jeśli zbierzesz w sobie wytrwałość, zmieni się w złoto powyżej pępka. Zbierz więc w sobie wytrwałość!”. Było tam też, jak się zdaje, puzderko tsampy z masłem, większe od wczorajszego. Najadł się tsampy do syta, resztę zabrał i znów poszedł na owo cmentarzysko.
Pomniejsze trupy przybierały tam mnóstwo strasznych postaci. Jedne, wołając „ha-la”, stawały w przysiadzie, inne, wołając „hu-lu, hu-lu”, kręciły się tam i z powrotem. „Mój lama mówił prawdę. Nawet ci nędzarze chcą mnie upokorzyć” – pomyślał i nie przestraszył się ani na chwilę. Przez te, które wołały „ha-la, ha-la”, przestąpił i poszedł dalej, a te, które wołały „hu-lu, hu-lu”, skopał, i ucichły, jak cichnie wiatr. Gdy podszedł do wielkiego Truposza, zobaczył, że ten zgrzyta zębami, oderwał się od drzewa i przewraca oczami to w tę, to w tamtą stronę.