Rozdział trzynasty
O tym, jak wyrwał się z paszczy demonów-nagów i zdobył królestwo
Królewicz znów poszedł pod drzewo i ciął mieczem w drzewo:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął rąbać drzewo. Truposz spadł, a królewicz zdzielił go pałką, wpakował do sieci, związał lassem i poniósł na plecach. Gdy uszedł jakieś siedem kroków, Truposz przemówił: „Królewiczu, droga daleka, więc albo ty opowiedz jakąś opowieść, albo ja opowiem”. Królewicz pomyślał, że wie, co się święci, i milczał. Truposz rzekł na to: „Z ust takiego jak ty, królewiczu, słowa się nie doczekam. Opowiem więc ja, a ty słuchaj!”. I zaczął:
„W pewnej wielkiej dolinie żył wielki król. Był tam wielki zbiornik wody, z którego nawadniano pola w dolinie, a wody w zbiorniku strzegły, jak powiadają, dwa wielkie demony-nagi. Człowieka, który otwierał zbiornik, demony-nagi pożerały. Dlatego ilekroć trzeba było iść spuścić wodę ze zbiornika, rzucano kości, nie patrząc, kto silny, a kto słaby, kto ma władzę, a kto nie, i szedł ten, kto przegrał. Pewnego razu, jak się zdaje, przegrał królewski syn.
W tym kraju żyło dwoje biednych, ubogich staruszków, którzy mieli jednego syna. Syn pomyślał: „Jeśli pójdę teraz zamiast królewskiego syna i znajdę sposób, żeby demony-nagi nie mogły mnie zjeść, król obdarzy moich starych rodziców majątkiem do syta, a i innym przyniesie to pożytek”. Syn staruszków poszedł więc do królewskiego syna i rzekł z szacunkiem do króla i królowej: «Niech król i królowa się nie trapią. Jeśli pójdzie królewicz, ród królewski wygaśnie, a i wy możecie umrzeć ze zgryzoty. Zapamiętajcie mi więc, proszę, ten dobry uczynek, którego nikt w dolinie nie weźmie mi za złe. Zaopiekujcie się, proszę, moimi starymi rodzicami: dajcie im jeść i pić, a po śmierci niech nie zabraknie im dobrych uczynków w ich intencji. Nie boję się śmierci. Ja pójdę». Król i królowa uradowali się i złożyli przysięgę, że należycie zaopiekują się staruszkami.że zgodnie z umową należycie zaopiekują się staruszkami. Syn staruszków wziął worek z jedzeniem, zabrał bambusowy kij i poszedł.
Otworzył zbiornik i położył się spać w jakimś zakątku nad jego brzegiem, ale tej nocy nikt nie przyszedł go zjeść. Nazajutrz o wschodzie słońca rozejrzał się i zobaczył, że w dziupli wierzby siedzą wielki czarny wąż i żółw i kłócą się zawzięcie. Żółw mówił do węża: «Tej nocy on tu spał, więc to twoja wina». A wąż: «To twoja wina, żółwiu. Gdybyś przyszedł trochę wcześniej… On wciąż tu jest, więc to twoja wina. Gdybyśmy go zjedli tej nocy, starczyłoby nam». Żółw na to: «Ty żebraczy wężu, nie uważasz. Gdyby cię zabić, obmyć i połknąć, plwocina tego, kto cię połknął, zmieniałaby się w złoto». Wąż odparł: «A gdyby ciebie, żółwiu, zabić, owinąć trupa w jedwab pięciu barw i złożyć w królewskim skarbcu, zmieniłby się w klejnot». Tak się sprzeczali, czyja to wina, i nie mogli się zgodzić, aż się pobili. Bili się do wieczora, aż opadli z sił i leżeli ni żywi, ni martwi. Wtedy on zdzielił węża i żółwia bambusowym kijem po głowach i zabił je. „Czy to, co mówili, jest prawdą?” – pomyślał. Obmył węża w wodzie i połknął go w całości. Odchrząknął i splunął, a plwocina, jak się zdaje, zamieniła się w złoto.
Wziął trupa żółwia i poszedł do królewskiego pałacu. Gdy przyszedł w rodzinne strony, ludzie, ledwie go ujrzeli, pytali: «Jakim cudem wróciłeś? Lepszej wody niż w tym roku nie było nigdy!» – i bardzo się cieszyli. Starzy rodzice spotkali syna żywego i radość ich nie miała granic. Potem poszedł przed oblicze króla, królowej i królewicza. Król, królowa i królewicz uściskali go: «Jakim cudem zdołałeś wrócić? Tyle wody co w tym roku nie było nigdy!».
On odpowiedział: «Widać nie było mi pisane umrzeć. Otworzyłem zbiornik i siedziałem, ale nikt nie przyszedł mnie zjeść. Nazajutrz wąż i żółw mówili: „Tej nocy nie udało się go zjeść. Twoja wina, moja wina” i pokłócili się. Wąż mówił do żółwia: „Gdyby cię zabić, owinąć trupa w jedwab pięciu barw i złożyć w skarbcu, byłby jak klejnot”. Żółw mówił do węża: „Gdyby cię zabić, obmyć w wodzie, połknąć w całości i splunąć, plwocina zmieniałaby się w złotocała kraina zamieniłaby się w złoto”. Bili się tak do wieczora, a gdy w końcu obaj leżeli bez czucia, zdzieliłem ich kijem po głowach i zabiłem. Odtąd nie trzeba już rzucać kości o to, kto otworzy zbiornik. Ten klejnot spełniający życzenia ofiarowuję królowi». I ofiarował mu złotego żółwia. Król zaś traktował go jak własnego brata.
Po jakimś czasie król i królowa odeszli z tego świata. Zmarli też jego starzy rodzice. Pewnego dnia królewicz rzekł: «Chodźmy dziś we dwóch rozproszyć smutek». Wzięli na drogę placki z mąki pszennej, łuki i strzały i poszli, jak się zdaje, w górę doliny. Przeszli przez wiele przełęczy, szli grzbietami gór, aż ujrzeli w wielkiej dolinie mnóstwo stłoczonych ludzi, i zeszli w tę dolinę. Dolina była pełna ludzi, a wielu ministrów, pięknie przystrojonych, przywiązało słoniowi do trąby wazę długiego życia i obchodziło z nim targowisko. Słoń machnął trąbą, ministrowie się poprzewracali, a słoń ruszył prosto na pana i sługę. Słoń postawił wazę na głowie królewicza, a ledwie ją postawił, ministrowie z muzyką otoczyli królewicza i uprowadzili go nie wiadomo dokąd, tak że stracił go z oczu.
Nie wiedział, co począć. Zapadł zmrok, a on nie mógł znaleźć drogi, więc poprosił o nocleg u pewnej matki z córką. Chciało mu się pić, spytał więc matkę z córką, czy mają piwo. «A czym zapłacisz za piwo?» – spytały. «Mam złoto» – odparł. Wtedy podały mu hojnie całe piwo, jakie miały. Tej nocy upił się i padł bez czucia. Po północy piwo zaczęło w nim działać i zwymiotował. Matka dziewczyny przyszła z lampką i zobaczyła, że wszystkie wymiociny są złotem. Pomyślała: „A gdyby tak zwymiotował jeszcze więcej złota?” i wlała mu piwa do ust.
Wymiotował przez to bez przerwy, aż wyszedł z niego wąż. Gdy wyszedł wąż, wymioty ustały. „Moc dawania złota to, widać, ten wąż” – pomyślała. Obmyła go i kazała połknąć swojej córce. Dziewczyna odchrząknęła i plwocina zamieniła się w złoto. Nazajutrz wstał i chciał zapłacić za piwo. Odchrząknął i splunął, ale nic się nie stało.
Rzekł do staruszki: «Złoto, które zrobiło się z nocnych wymiocin, zatrzymaj sobie, ale oddaj mi mojego węża». «Włóczęgo, żebraku znikąd, wczoraj cię nakarmiłam i posłałam ci łóżko. Powiedziałeś, że za piwo zapłacisz złotem, więc ci go nalałam. Nie dość, że nie zapłaciłeś, to jeszcze oskarżasz mnie o kradzież?» – rzekła staruszka, chwyciła go za rękę i wyrzuciła za próg.
Pomyślał: „Póki mój wiatrowy koń stał wysoko, demony-nagi nie zdołały mnie zjeść, mogłem dzielić jadło i majątek z królem naszego kraju i zdobyłem taki klejnot spełniający życzenia. A teraz, gdy mój wiatrowy koń upadł, nie mogę odnaleźć, dokąd się podział król, a i węża, co dawał złotoco wymiotował złotem, straciłem. Wstyd mi wracać do domu. Muszę się rzucić w przepaść w górze tej doliny”. I poszedł.
Gdy szedł w górę doliny, zobaczył trzech chłopców, którzy kłócili się i nie mogli się zgodzić, jak podzielić dobytek. Podszedł do chłopców i przyjrzał się: trzej chłopcy nie mogli się zgodzić o jeden worek, jedną parę butów i jedną czapkę. «O co się kłócicie?» – spytał. «My trzej nie możemy się zgodzić o te rzeczy» – odparli. «A na co one?» – spytał. «Kto włoży te buty, dojdzie, dokąd zechce, ale to rzecz pośledniejsza. Kto włoży tę czapkę, tego nikt nie zobaczy, i ta jest nieco lepsza od butów. A kiedy do tego worka powiesz: „Mięso, przyjdź”, przychodzi mięso, kiedy powiesz: „Masło, przyjdź”, przychodzi masło. Czegokolwiek trzeba, wystarczy zawołać, i przychodzi. O niego się nie możemy zgodzić» – odpowiedzieli. On rzekł: «Ścigajcie się we trzech. Kto będzie najszybszy, weźmie worek. Kto będzie drugi, weźmie czapkę, a ostatni weźmie buty». Trzej chłopcy rzekli: «Takiego dobrego człowieka jak ty choćby szukać, nie znajdzie się». I odeszli.
Wtedy on włożył czapkę na głowę, wziął worek do ręki i usiadł, jakby czekał, by dać go najszybszemumyśląc, że da go temu, kto pierwszy przybiegnie. Trzej chłopcy pobiegli, a gdy wrócili, rozglądali się: «Gdzie on się podział?» i patrzyli jeden na drugiego wytrzeszczonymi oczami. Najmłodszy z nich rzekł: «Przed chwilą mówiłem wam: „Bierzcie, co chcecie”, a wyście się kłócili po próżnicy. Zadowoleni?». I chłopcy wrócili do domu.I ten chłopiec wrócił do domu.
Gdy trzej chłopcy odeszli, on wspiął się na skałę i podszedł do wielkiego drzewa. Wtedy z drugiej strony nadszedł dziewięciogłowy ogr. Włożył czapkę i siedział tam, a ogr go nie zobaczył. Ogr zerwał niebieski kwiat, potarł nim sobie twarz, zamienił się w wielkiego starego węża i wpełzł na drzewo. Nazajutrz o wschodzie słońca zszedł z wierzchołka drzewa, zerwał żółty kwiat, potarł nim sobie twarz i znów stał się ogrem. On także zerwał jeden żółty i jeden niebieski kwiat i włożył buty.
Pomyślał: „Obym stanął pod drzwiami staruszki i jej córki” – i stanął przed drzwiami staruszki i jej córki. Zawołał staruszkę z córką. Dziewczyna wyjrzała przez okienko, a on potarł jej twarz niebieskim kwiatem i dziewczyna zamieniła się w strasznego starego węża. Miał na sobie czapkę, więc nikt go nie widział. «Nikogo nie ma» – rzekła dziewczyna i wróciła do środka. Matka zobaczyła, że córka zmieniła się w małpę, i przeraziła się. „Czy to nie czary tamtego wczorajszego człowieka?” – pomyślała i szukała go wszędzie aż do bramy królewskiego pałacu, ale nie znalazła.
On schował czapkę do worka, buty zatknął za pas, z prawej i z lewej, i wszedł do domu staruszki z córką. Staruszka, gdy go ujrzała, pokłoniła się: «Oddam ci twoje złoto i węża!». Rzekł do niej: «Dobrze. Prawdę mówi przysłowie: o co prosiłeś, nie przyszło, a przyszło, kiedy było trzeba. Przynieś mojego węża i złoto». Córka staruszki, choć ciałem zmieniła się w małpę, umysłem się nie zmieniła, i obie, matka i córka, pokłoniły się. Dziewczyna zwymiotowała i wyszedł wąż. On obmył węża w wodzie i połknął. Zaprowadził dziewczynę do małej izdebki: «Twoja matka dostała, na co zasłużyła, ale ciebie, dziewczyno, mi żal» – rzekł i potarł jej twarz żółtym kwiatem, a dziewczyna stała się taka jak dawniej. Matka z córką usypały przed nim całe złoto, jakie się zebrało, i pokłoniły się. Człowiek ten miał czyste zamiary, więc z tego złota dał matce i córce tyle, ile trzeba na pewne utrzymanie.
Włożył buty, wsypał złoto do worka, włożył czapkę i pomyślał: „Obym stanął przed moim królem”, i stanął przed obliczem króla. Król, gdy go ujrzał, wstał i uściskali się, i nie mogli się od siebie oderwać. W dawnym królestwie królem ustanowiono owego szczęśliwca, a oba królestwa zrównano ze sobą. Po tej stronie był wielki złoty żółw spełniający życzenia, a po tamtej, jak się zdaje, klejnot – worek „mięso, przyjdź; masło, przyjdź”. Szczęśliwiec zasiadł na tronie, królestwo kwitło i rosło, a poddani, dwór i służba żyli w dostatku i szczęściu. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz.
Królewiczowi wyrwało się wtedy: „Ależ ten człowiek miał szczęście!”. Truposz rzekł: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!” – i uleciał.
Królewicz pomyślał: „Tyle gadał, że umysł mi się rozproszył i odpowiedziałem. Jeśli wrócę bez Truposza, sprzeniewierzę się słowom lamy”. I znów poszedł na owo cmentarzysko. Trupy, które wołały „ha-la”, skopał i doszedł do drzewa.