Rozdział dwunasty
O tym, jak kupiec, który zabłądził, zdobył królestwo
Potem królewicz Deczo Sangpo znów poszedł na owo cmentarzysko, ciął mieczem w drzewo i rzekł:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moja pałka jest z ciemnej akacji,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął rąbać drzewo. Truposz spadł, a królewicz zdzielił go pałką, wpakował do sieci i poniósł. Gdy uszedł jakieś siedem kroków, Truposz przemówił: „Królewiczu, królewiczu! Albo ty opowiedz jakąś opowieść, albo ja opowiem”. Królewicz pomyślał, że wie, co się święci, i milczał. Truposz rzekł na to: „Z ust nędznika takiego jak ty, królewiczu, słowa się nie doczekam. Opowiem więc ja, a ty słuchaj!”. I zaczął:
„W pewnej dolinie żył, jak się zdaje, król. Pod jego władzą żyło dwoje bogatych staruszków, którzy mieli tylko jednego syna. Ojciec był bardzo pracowity, a matka mądra i nie było we wsi sąsiada, który by jej nie lubił.
Pewnego razu przybyło w te strony wielu kupców. Kupcy zwodzili syna pochlebstwami: «Jeśli weźmiesz majątek i pójdziesz handlować, jadła i bogactw nigdy ci nie zabraknie». Syn poszedł do ojca i spytał: «Mogę iść handlować?». Ojciec odparł: «Po co ci handel? Nikt z naszych przodków nie chodził handlować. Jeśli chcesz żyć szczęśliwie, będziesz szczęśliwy i bez handlu. Nie puszczę cię». Syn poszedł do matki i powiedział: «Idę handlować». Matka odparła: «Po co ci handel? Nie ma opowieści o tym, żeby za czasów przodków ktoś chodził handlować. My, dwoje starych rodziców, mieliśmy dobre zamiary. Wyrzekliśmy się złości i złej woli, zysk i wygraną zostawialiśmy innym, a z ludźmi we wsi i sąsiadami żyliśmy w zgodzie i dlatego do dziś żyje nam się dobrze. Nie mamy nikogo prócz ciebie, synu, więc nie puścimy cię handlować».
Syn rzekł: «Jeśli wy dwoje mnie nie puścicie, ucieknę». Matka opowiedziała o tym mężowi, a ojciec rzekł: «Zawołaj go tu». Gdy syn przyszedł, ojciec rzekł: «Majątek, jakiego trzeba w tym życiu, masz. Czyżbyś, patrząc na zysk z handlu, chciał iść frymarczyć własnym życiem? Nie puszczę cię». Syn odparł: «Jeśli mnie nie puścisz, pójdę potajemnie». Matka rzekła: «Jeśli pójdzie potajemnie, będzie zła sława. Lepiej puścić go, jak chce». Ale ojciec powtarzał: «Nie puszczę». Matka mówiła: «Postanowił, że pójdzie. Jeśli obejdzie świat aż po krańce, czyż nie zobaczy, nie usłyszy i nie dowie się więcej?». Ojciec na to: «A jeśli zajdzie daleko, czy nie stracimy jedynego syna?». Matka rzekła: «Siedzieć i tak tu nie usiedzi. Puść go ten jeden raz». Przygotowali mu wszystko, czego trzeba do handlu, i wysłali go w drogę.
Przyłączył się do towarzyszy i poszedł handlować. Po jakichś dwóch tygodniach drogi przyszli na wielkie targowisko. Zatrzymał się w kącie gospody, a pozostali kupcy porzucili go i poszli dalej. Kiedy zbierał się do drogi, gospodyni spytała: «Twoi towarzysze idą już?». «Towarzysze już poszli. Teraz i ja idę» – odparł. Gospodyni rzekła: «Dalej droga jest bardzo trudna. Albo lepiej wróć do domu, albo zaczekaj, aż oni wrócą». On na to: «Nie przyszedłem handlować dlatego, że nie mam majątku. Rodzice mnie nie puszczali, a ja przyszedłem, nie słuchając ich». Gospodyni rzekła: «Skoro i tak idziesz, weź ze sobą ten nóż» – i dała mu dobry miecz. «Nigdy nie rozstawaj się z tym nożem. Na wroga, który ma ciało, nie musisz nim uderzać: wystarczy, że go dobędziesz. Na wroga bez ciała nie musisz go dobywać, byle się z nim nie rozstawać». I dała mu nóż.
Przypasał nóż i objuczył zwierzęta. Szedł śladem towarzyszy i błąkał się, aż doszedł do wielkiej doliny. Słońce już zachodziło, a choć szedł ich śladem, nie mógł ich wytropić. Było tam wiele rozwalonych zamczysk, ale był też jeden królewski pałac i ku niemu się skierował. Gdy doszedł do bramy pałacu, wielkie wrota stały otworem. Wszedł do środka, rozglądał się na wszystkie strony, ale nie zobaczył żywego ducha. Była tam wielka stajnia. Zajrzał do środka: jedne konie leżały przewrócone, inne były bliskie śmierci. Na górze nie było nikogo. Zajrzał do obory: z krowami i dzo było tak samo. Zostawił tam swoje juczne zwierzęta i wspiął się po schodach pałacu. Gdy doszedł do środkowej sali, zobaczył, że leżą tam martwi poddani, dworzanie, słudzy i cała rada ministrów. Poszedł wyżej: król leżał martwy na złotym tronie, a królowa martwa na turkusowym tronie. W całym wielkim pałacu nie zostało nic prócz trupów, ani jednego żywego człowieka.
Zszedł na dół, poszedł do stajni i rozrzucił koniom trawy, ile mogły zjeść. Krowom też dał trawy do syta. Swoje juczne zwierzęta wprowadził do wewnętrznej izby. Zamknął zewnętrzne drzwi i od środka zawalił je kamieniami. Zamknął po kolei drzwi i zrzucił trupa ze złotego tronu i trupa z turkusowego tronu tam, gdzie leżało wiele trupów. Było tam mięsa, piwa i dostatku bez miary. Wziął wielki dzban piwa, połeć mięsa i jedną czarkę, a w swoim worku zagniótł tsampę. Położył to wszystko przy sobie i rozpalił wielki ogień. Napił się piwa do syta, odkroił z połcia tłuste kawałki, upiekł je na ogniu i zjadł.
Tuż po północy drzwi się otworzyły. „Kto to?” – pomyślał i chwycił prawą ręką rękojeść noża. Pamiętając słowa: „Gdy dobędziesz noża, wróg, który ma ciało, nie znajdzie sposobu, by ci zaszkodzić, a na bogów i demony bez ciała nie musisz go dobywać”, siedział spokojnie. Ze schodów dobiegło stukanie, ktoś schodził. Z jakiegoś kąta wyszłaPo chwili wyszła na szczyt schodów straszliwa małpa, przybrana jak na ucztę, z mnóstwem ozdób z niebiesko-czerwonych ogonów na ramionach. Po chwili zeszło sześć małp. Piszcząc „ci, ci”, okrążyły go trzy razy. Potem trzy razy okrążyły wielką czarną skrzynię, która tam stała. Każda z małp podparła brodę i siedziałyKażda z małp podparła brodę na kiju i siedziały tak, drzemiąc i ziewając. O świcie nóż wysunął się w górę, a małp już nie było. Gdy noc minęła, ostrze znów siedziało w pochwie.
Gdy wzeszło słońce, pomyślał, że musi iść, i zszedł po schodach. Wszystkie drzwi były zamknięte, same z siebiezamknięte tak, jak były. Poszedł więc do koni, wołów i jucznych zwierząt i dał im trawy i wody do syta. Potem znów zamknął po kolei wszystkie drzwi, usiadł tam, gdzie poprzedniego wieczoru, rozpalił wielki ogień, wziął piwa i upiekł mięsa. Siedział i pił piwo, aż znowu koło północy
rozległ się hałas większy niż poprzedniej nocy. Z jakiegoś kątaPo chwili otworzyły się wewnętrzne drzwi. „To pewnie wczorajsze małpy” – pomyślał i siedział. Największa małpa stanęła wyprostowana na szczycie schodów. W prawej ręce trzymała rytualny sztylet, w lewej dzwonek, a na głowie miała płaski kapelusz. Za nią szło siedem wczorajszych małp, każda ze sztyletem i dzwonkiem. Za nimi przyszła małpa z bębnem, małpa z konchą, małpa z cymbałami i małpa z gongiem. Małpy zaczęły grać, a on chwycił rękojeść noża. Ostrze wysunęło się odrobinę. Małpy grały dalej, tańczyły taniec obrzędowy i obeszły go wokoło. Wtedy nóż, choć go trzymał, wysunął się z pochwy na piędź, a małpy z piskiem „ci, ci” uciekły w jeden kąt. Patrzyły jedna na drugą wytrzeszczonymi oczami i zgnębione zeszły na dół.
Gdy zaświtało i wzeszło słońce, znów zszedł na dół i zobaczył, że drzwi same zamknęły się na głucho. Otworzył drzwi, dał koniom i bydłu trawy i wody i jak przedtem usiadł w środku. Wtedy za drzwiami usłyszał głośne ludzkie głosy. „Dotąd nie słyszałem ludzkiego głosu. Co to może być?” – pomyślał i wyjrzał z góry. Przyszło dwóch ngagpów z dzbanami piwa i prosili: «Raczcie wyjść do bramy». Przypasał miecz i wyszedł do bramy. Ngagpa rzekł: «Szlachetny panie, przybyliście?». «Tak. A wy, mistrzu, przybyliście?» – odparł, a ngagpa powiedział: «Wejdźcie teraz do środka». On rzekł: «Jeśli macie coś do omówienia, proszę, mówcie tutaj». «Lepiej będzie, jeśli pomówimy w środku» – odparli. Obaj ngagpowie i on weszli do środka, a on zamknął drzwi. Ngagpa rzekł: «Szlachetny panie, dzięki mocy dobrego noża bezcielesni strażnicy i obrońcy Dharmy nie znajdą sposobu, by wam zaszkodzić. A ludzie, którzy mają ciało, gdy ich zawołacie, sami uciekną. Nie trzeba zamykać drzwi». Weszli więc do środka, nie zamykając drzwi.
Ngagpa przysiągł, że nie zrobi mu nic złego, a on przysiągł, że nie dobędzie miecza. Tak żaden nie mógł myśleć o szkodzie dla drugiego. W środku podał im mięso, piwo, ser i wiele innych potraw, jakie tam były. Ngagpa ujął czarkę piwa i spytał: «Gdzie się podzieli domownicy?». On odpowiedział: «Tutejszy król i królowa zmarli na złotym i turkusowym tronie, a dworzanie i poddani też, widać, umarli, gdzie stali. Co złego się tu stało?».
Ngagpa rzekł: «Te moje bóstwa strażnicze mają moc, która lgnie do bogactwa.To przez czary wywołane chciwością tych tutaj na bogactwo. Panami tej doliny byli król i królowa. Miałem pancerz cenniejszy od klejnotu spełniającego życzenia, w którym mieszkał mój obrońca Dharmy. Gdy zabrakło nam jęczmienia, oddałem go królowi w zastaw za pożyczkę. Potem ofiarowałem królowi wiele pól. Przez wiele lat słaliśmy prośby przez wielu ludzi, ale go nie oddał. Strażnicy się rozgniewali i tamtej nocy stał się ten cud: król i królowa razem z ministrami, poddanymi i dworem nie znieśli ich mocy i zginęli. Wasze zasługi, szlachetny panie, płoną teraz jak ognisty stos. Ten dobry nóż, choć go nie dobywacie, sam wysuwa się z wężowej pochwy. Zwiążmy się więzią ofiarodawcy i kapłana: wy zostańcie królem tego kraju, a ja, jak dawniej, będę kapłanem. Oddajcie mi, proszę, mój pancerz, który leży tam w czarnej skrzyni. Jadła, majątku i dostatku mam dość» – rzekł.
Kupiec odpowiedział: «Oddam ci pancerz, a ty bądź kapłanem przez wszystkie pokolenia». Ngagpa wszedł na szczyt zamku i obwołał ludziom z doliny: «Nasz król i królowa razem z dworem i służbą pomarli. Teraz przybył tu z obcego kraju król Dharmy, bodhisattwa!». Gdy ludzie z doliny to usłyszeli, przyszli wszyscy przed kupca i prosili: «Bądźcie naszym królem, a my będziemy waszymi sługami». I kupiec został królem tego kraju.
Po jakimś czasie przybyli w te strony towarzysze kupca. Kilku z nich przyszło pod królewski pałac szukać trawy. Król wyszedł na dach i pomyślał: „To moi towarzysze”. Posłał sługę: «Zawołaj tych kupców z dołu». Odźwierny poszedł do kupców i powiedział: «Król każe ci przyjść przed swoje oblicze». Kupiec pomyślał: „Z królem nigdy się nie znałem. Król chyba szuka zaczepki” – i wrócił do towarzyszy. Król znów spytał sługę, a ten odpowiedział: «Jego towarzysze są tam na dole, więc wrócił do nich». Król rzekł: «Idź do niego i powiedz, że jestem tym towarzyszem, którego zostawili na targowisku. Niech mówią, czego potrzebują, trawy czy zapasów». Człowiek poszedł do kupca i powiedział to, co kazał król. Kupcy ucieszyli się i ruszyli w stronę królewskiego pałacu.
Gdy kupcy stanęli przed nim, zdumieli się i siedzieli, patrząc jeden na drugiego wytrzeszczonymi oczami. Król podjął ich wspaniałym jadłem i napitkiem. Zostali tam kilka dni. Kupcy złożyli przed królem ładunek, jaki dźwiga słoń, złoto, srebro i inne dary, na czele z białogłowym nosorożcem, razem z pismem i podarunkiem. Stamtąd wysłano mnóstwo jeźdźców pod wodzą sprawnego ministra, żeby razem z kupcami sprowadzili jego rodziców. Kupców obdarowano w zamian, wyprawiono z honorami i odesłano do domu.
Gdy kupcy wrócili do kraju, opowiedzieli królowi, jak było. Minister wysłany po rodziców też przekazał wiernie wszystko, co mu polecono. Tamten król pomyślał: „Jeśli nie puszczę rodziców, czy on nie przyjdzie z wojskiem i nie weźmie mnie pod swoją władzę?Jeśli nie puszczę rodziców, tylko ruszę z wojskiem, czy nie uda mi się wziąć go pod swoją władzę?”. Wypytał, jak wielkich ma tamten król poddanych, jakie bogactwa i jaką potęgę, i dowiedział się, że kupiec, który zabłądził, jest potężny. Wysłał więc starych rodziców z ich dobytkiem razem z ministrem, który po nich przybył. A że sam miał córkę, wyprawił i ją: z dziesięcioma słoniowymi jukami, ze strojami, klejnotami i służebnymi, i oddał ją kupcowi, który zabłądził. Minister, królewska córka i rodzice przybyli do królewskiego pałacu. Rodzice spotkali swojego syna i bardzo się uradowali. Królewna, gdy ujrzała poddanych, dwór i służbę w swoim nowym kraju, też się ucieszyła.
Potem posłano dzielnego ministra do gospodyni z targowiska, tej, która dała nóż. Minister odnalazł gospodynię i przekazał jej wiernie wszystkie słowa króla. Gospodyni z mężem uradowali się i razem z ministrem przyszli złożyć królowi pokłon. Gdy przybyli do królewskiego pałacu, przyjęto oboje małżonków ze wszelką czcią. Potem męża gospodyni król mianował swoim pierwszym ministrem. Obojgu dał piękny majątek ziemski, złoto i srebro, konie, woły i wszystko, czego potrzebowali. I żyli szczęśliwie i dostatnio. Z władcą, który dał mu córkę, połączył królestwa w jedno, bez różnicy między nimi. Oba królestwa kwitły i rosły. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz.
Królewiczowi wyrwało się wtedy: „Ależ ten człowiek miał szczęście! A gospodyni była dobra, i dobrze jej się odwdzięczył”. Truposz rzekł: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!” – i zniknął z powrotem w tumanie kurzu.
Królewicz pomyślał: „Lama przykazał mi, że cokolwiek Truposz powie, nie wolno mi odpowiedzieć ani słowem, a ja, zmęczony, się rozproszyłem i wymknęły mi się dwa słowa. Nawet jeśli wrócę bez Truposza, lama będzie mnie łajał”. I poszedł na owo cmentarzysko.