Rozdział trzeci
O tym, jak dziewczyna sprowadziła króla z krainy umarłych
Potem królewicz wrócił na owo cmentarzysko i spojrzał: Truposz znów siedział na wierzchołku drzewa. I znów rzekł królewicz:
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moja pałka jest z ciemnej akacji,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął rąbać drzewo. Truposz spadł, a królewicz zdzielił go pałką, wpakował do sieci, związał lassem i poniósł na plecach.
I znów Truposz przemówił: „Królewiczu, królewiczu! Droga daleka, więc albo ty opowiedz jakąś opowieść, albo ja puszczę opowieść trupa, choćby małą jak pazurek – słuchaj!”. Królewicz pomyślał: „Znam twoje sztuczki” i szedł w milczeniu. Truposz rzekł na to: „Z ust nędznika takiego jak ty, królewiczu, słowa się nie doczekam. Ty więc słuchaj!”. I opowiedział taką opowieść:
„W pewnej dolinie żył, jak powiadają, królewicz. W królewskich włościach była dziewczyna, której rodzice dawno pomarli, a zmysły miała jak mało kto. Ta dziewczyna i królewicz, jak powiadają, byli z sobą blisko.
Pewnego razu królewicz przyszedł do dziewczyny i rzekł: «Widać mam teraz pojąć żonę. Jeśli ją pojmę, to, jak się zdaje, umrę». Dziewczyna odpowiedziała z szacunkiem: «Pojąć panią to bardzo dobra rzecz, panie. Jeśli wcześnie pojmiesz panią, syn przyjdzie na świat, zanim ojciec i matka się zestarzejązanim się zestarzejesz. Koniecznie pojmij panią, tak będzie dobrze».
Król rzekł: «Widać mam pojąć tę żonę. A gdy tylko ją pojmę, to, jak się zdaje, umrę». Dziewczyna odpowiedziała: «Twój ojciec dawno już zmarł. Teraz najlepiej słuchać tego, co mówi matka». Wtedy matka i ministrowie powiedzieli królowi, że musi objąć tron, i król pojął panią równą sobie.
Minął miesiąc od ślubu, a króla dopadła ciężka choroba i zmarł. Jego dusza błąkała się i przyszła, jak powiadają, pod drzwi dziewczyny, którą dawniej kochał. Wyglądał nędznie, był wymizerowany, głowę miał rozczochraną, a twarz bez dawnego blasku. Taki przyszedł do dziewczyny.
Dziewczyna pomyślała: „Król pojął panią i dopadła go, widać, ciężka choroba”. I rzekła do króla: «Odkąd wtedy pojąłeś królową, rzadko do mnie zachodzisz, panie, i twarz straciła blask». Król rzekł: «Mówiłem ci wcześniej, że jeśli pojmę tę żonę, to umrę. A teraz spadła na mnie prawdziwa choroba». Dziewczyna odpowiedziała: «Chory czy nie, zrób, co trzeba, żeby wyzdrowieć. I pamiętaj, że wziąłeś królową do domu».
Na to król: «Dziś wieczorem odprawiają bardzo dobroczynny obrzęd długiego życia. Ty też masz wysoki wzrost, lepiej więc chodź ze mną». Dziewczyna pomyślała: „Dawniej król przychodził w pełnym blasku, pięknie przystrojony w klejnoty i szaty, a teraz przychodzi w odzieniu na lewą stronę. Cóż to ma znaczyć?”. I zrodziło się w niej podejrzenie.
O zachodzie słońca dziewczyna poszła za królem. Gdy się ściemniło, doszli do królewskiego pałacu. Gdy nasłuchiwali u wejścia, dziewczyna usłyszała bębny: skam, skam. I rzekła do króla: «Ten dźwięk to chyba właśnie obrzęd długiego życia».
Król rzekł: «Dziewczyno, moje ciało ciągnęło do ciebie, więc i duch mój do ciebie ciągnie. Siedem dni minęło od mojej śmierci. Dziś wieczorem jest obrzęd siódmego dnia». Dziewczyna na to: «Nawet przez myśl mi nie przeszło, że król umarł. Co teraz zrobimy, ja i stara królowa matka?». Król rzekł: «Dziewczyno, zostań w naszej zagrodzie dla bydła». I tej nocy oboje poszli do zagrody.
Kiedy się tam położyli, na górze królewska pani i matka kłóciły się zawzięcie. Teściowa mówiła: «Ledwie mój syn umarł, a ty chowasz jego turkus duszy! Tak się nie godzi. Inne turkusy możesz sobie zabrać, ale mój turkus duszy oddaj!». Pani odpowiadała: «Złoto i turkusy, ponad dziesięć sztuk, z najlepszym turkusem na czele, król sam zabrał ze sobą, zanim umarł».
Gdy tak toczyła się ta rozmowa o umarłym i żywych, król rzekł do dziewczyny: «Kiedy czułem, że umieram, a ciało ciągnęło mnie do ciebie, wziąłem jej z rąk złoto i turkusy i zakopałem pośrodku naszego wielkiego pola, pod wielkim białym kamieniem. Jutro, gdy wyjdą na obrzęd, idź sama do matki i opowiedz jej szczegółowo wszystko, o czym tu mówiliśmy. Nie pozwól, żeby matka i tamta się kłóciły. Zbierz w sobie wytrwałość».
Z góry dobiegło wołanie: niosą jedzenie, di-ri-ri. Król zerwał się pospiesznie i rzekł: «Częstują mnie jedzeniem. Idę, już idę» – i poszedł. Gdy odszedł, dziewczynie urodził się synek. Król przyniósł pełną połę resztek prażonego jadła, dał jej, a i sam jadł. Wtedy coś zabrzmiało: ćja, skam, skam. Król rzekł: «Wskazują mi drogę. Wracam» – i wstał.
Dziewczyna chwyciła króla za połę. Król rzekł: «Nic nie boli bardziej niż to, że mnie tak mocno trzymasz. Powiedz matce wszystko, jak ci mówiłem, i trzymajcie się razem, ty i dziecko». Dziewczyna odpowiedziała: «Nie będę cię trzymać, tylko pokaż się chociaż matce».
Król rzekł: «Dziś nie ma sposobności, żeby się z nią zobaczyć. Przyjdę w pomyślny dzień. Kto ma wytrwałość, temu wszystko łatwo przychodzi». I król odszedł.
Dziewczyna, która urodziła synka, z żalu po królewiczu nazajutrz o wschodzie słońca leżała bez czucia. Pastusi przyszli wypędzić bydło na słońce, zobaczyli, że dziewczyna tam leży, przestraszyli się, pobiegli na górę i powiedzieli matce króla: «Wczoraj wieczorem, w naszej zagrodzie dla bydła, kiedy zaganiano bydło, nie było tam nikogo, a teraz ta kobieta, o której mówią, że żyła w zażyłości z wielkim królem, urodziła w oborze synka. Sama straciła krew i, widać, umarła».
Matka królewicza czym prędzej tam poszła i zobaczyła leżącą matkę z dzieckiem. Matka sprawdziła, czy dziecko to chłopiec, czy dziewczynka: był to chłopiec. Wtedy rozkazała ministrom: «Szybko przynieście piwo ryżowe z melasą, kadzidło sandałowewywar z drzewa sandałowego i dymy wonne!». Ministrowie powiedzieli, że nie pójdą, i nie usłuchali.
Myśleli: „Taka zakała przybłąkała się tu już od zeszłego roku” i mówili: „To przez nią i król umarł”. Ale matka rzekła: «Przyszedł ten, kto zastąpi jedynego syna, który umarł. Szybko przynieście dymy wonne!». Nie mogąc się oprzeć surowemu rozkazowi matki, ministrowie poszli. Poszli tam, okadzili ją dymem i przyrządzili ciasto, a od środka podali jej piwo ryżowe z melasą.
Wtedy dziewczyna odzyskała przytomność, podniosła się, rozejrzała się szeroko otwartymi oczami, a gdy zobaczyła matkę, chwyciła ją za rękę i zapłakała. Matka rzekła: «Nie płacz. Masz mi coś do powiedzenia, to mów».
Dziewczyna odpowiedziała: «Matko, wielka królowo, pani matko! Wielki król Dharmy tak mówił: „Jeśli pojmę panią, umrę”. Gdy mówiłam: „Koniecznie weź królową do domu”, odpowiadał: „Jeśli ją pojmę, umrę”. Stało się, jak mówił. A teraz mówi, żeby odesłać królową, którą wzięliśmy do domu, i mówi, że złoto i turkusy, z turkusem duszy na czele, zakopał pod białym kopczykiem kamieni na naszym wielkim polusą ukryte pod kopczykiem z białego kwarcu na tamtym naszym wielkim polu w dole. Jeśli to, co mówi król, jest prawdą, to obiecał przychodzić w każdy pomyślny dzień».
Matka rzekła: «Teraz, dziewczyno, chodź na górę» – i zaprowadziła ją do pałacu. Królewicza położono na miękkiej poduszce, z wierzchu z białego rysiego futra, w środku z chińskiego jedwabiu. Ministrowie i poddani cieszyli się, mówiąc: „Skoro urodził się syn, ród królewski nie wygaśnie”.
Potem, o świcie piętnastego dnia miesiąca, rozległ się dźwięk: sil. Dziewczyna pomyślała: „Zwykle takiego dźwięku nie bywa. Czy to nie król nadchodzi? Czy prawdą jest, że obiecał przychodzić? A może to jakiś demon przychodzi zabrać to dziecko?”. Gdy spojrzała, nadszedł król, przystrojony w klejnoty i szaty, które złożono z nim w grobowcu. Posiedział chwilę przy dziewczynie, a gdy usnął, dziewczyna z wolna ściągnęła z niego pas i wsunęła go pod poduszkę synka.
Gdy zaczęło świtać, król rzekł: «Pora mi już iść, bo spadnie na mnie nagana». Wstał, a ona rzekła z szacunkiem: «Pas zsunął się pod synka». «Synek się rozpłacze» – rzekł król, zostawił pas i odszedł.
Nazajutrz o wschodzie słońca dziewczyna wzięła królewski pas, poszła do matki i rzekła: «Wczoraj w nocy przyszedł król». Matka odparła: «Gdyby przyszedł, czemu by mnie nie zawołał? Kłamiesz. Po śmierci nikt się nie spotyka». Dziewczyna na to: «Przyszedł na pewno. Oto jego pas» – i pokazała. Ledwie matka zobaczyła pas, zemdlała. Odtąd matka darzyła dziewczynę coraz większym szacunkiem i rzekła: «Jeśli przyjdzie jeszcze raz, spraw, żebyśmy się spotkali, matka i syn».
Minął znów miesiąc i o świcie piętnastego dnia rozległ się dźwięk: sil, sil. Pomyślała, że to król nadchodzi, i zerwała się w pośpiechu. Król rzekł: «Dziewczyno, dokąd idziesz?». «Idę poprosić matkę» – odpowiedziała. «Czy chcesz sprawić, żebym ja i ten malec nie mogli się już spotykać? Jest sposób, żeby się spotkać, ale wy tego nie zdołacie». «Jeśli jest sposób, żeby się spotkać, zdołam, choćbym miała przypłacić to życiem» – odpowiedziała. «Ty nie zdołasz. Siedź cicho» – rzekł król.
A dziewczyna znowu: «O wielki królu! Jedyny syn jedynej matki jest jej okiem na czole. Jeśli jest sposób, żeby matka i syn się spotkali, nie pożałuję, choćby taka jak ja miała umrzeć. Jest syn, który przejmie ród królewski. Jakkolwiek trudne byłoby zadanie, wykonam je».
Król odparł: «Jesteś niskiego rodu, więc i wytrwałości masz mało, a do tego masz synka. Nie zdołasz. Ważniejszy jest spokój niż zuchwałość. Ale jeśli się odważysz, zapamiętaj dobrze, co ci powiem. Gdy pójdziesz stąd przed siebie, będzie dolina, Czarna Dolina Demonów. Gdy do niej wejdziesz, będzie tam źródło o słodkiej wodzie, jakich mało. Powiedz mu: „Ze wszystkich źródeł, jakie widziałam na ziemi, żadne nie przyprawia o większe mdłości niż ty”, zaciśnij oczy i ustawykrzyw oczy i usta i biegnij.
Gdy pójdziesz dalej, będzie źródło, z którego płynie ropa i krew. Powiedz mu: „Ze wszystkich źródeł, jakie widziałam, żadne nie jest słodsze ani czystsze niż ty”, wypij łyk, obmyj się i biegnij.
Gdy pójdziesz dalej, będzie piękna stupa, jakich mało. Powiedz jej: „Ze wszystkich stup, jakie widziałam, żadna nie przyprawia o większe mdłości niż ty. Nie boję się, że spłynie od ciebie błogosławieństwoNie ma mowy, by spłynęło od ciebie błogosławieństwo”, obejdź ją w lewą stronę i biegnij.
Gdy pójdziesz dalej, będzie czarna stupa, zrobiona z psiego łajna. Powiedz jej: „Ze wszystkich stup, jakie widziałam, żadna nie ma większej mocy błogosławieństwa ani czystości niż ty. Pobłogosław mnie”, obejdź ją razniż ty”, przyjmij błogosławieństwo, obejdź ją raz i biegnij.
Gdy pójdziesz dalej, będzie starzec, który nie ma wrzeciona i przędzie nić na palcu. Daj mu wrzeciono. Gdy pójdziesz dalej, będzie staruszka, która praży ziarno, a nie ma szczypiec i wybiera żar piersiami. Daj jej szczypce. Gdy pójdziesz jeszcze dalej, będzie trójka dzieci, które kłócą się o jedno ubranie. Daj każdemu ubranie. Będą dwa koźlęta, które nie mogą się podzielić jedną wiązką trawy. Daj każdemu wiązkę trawy. Gdy pójdziesz dalej, będą dwa stare psy, które nie mogą się podzielić jedną kością. Daj każdemu kość.
Gdy pójdziesz dalej, będzie żelazna twierdza o czterech bramach. W środku demony i demonice w strojach czarowników rozłożyły wielką mandalę. Na skraju mandali leży kilka wielkich czarnych serc, które wołają: „Weź mnie, weź mnie!”. Pośrodku mandali jest jedno, mniejsze od innych, całe czerwone, które woła: „Nie bierz mnie, nie bierz mnie!”. To właśnie jest to, czego trzeba. Droga tam jest trudna, a czarownicy mają wielką moc, są straszni i groźni. Nie dojdziesz».
Dziewczyna odpowiedziała: «Królu, jeśli mogłabym być z tobą, wykonam każde zadanie, choćby nie wiem jak trudne». Król rzekł: «Dziewczyno, jeśli już istotnie pójdziesz, weź to serce, nie odzywaj się ani słowem i nie oglądaj się za siebie, dopóki nie dojdziesz do królewskiego pałacu. Zdołasz to, dziewczyno?». Dziewczyna odpowiedziała: «Zdołam, choćbym miała przypłacić to życiem. I będę się modlić, żeby matka i syn się spotkali. Wykonam te trudne zadania».
Król rzekł: «Nie oglądaj się za siebie. Trzeba ci niezachwianego umysłu» – i odszedł. Potem dziewczyna poszła do królewskiego pałacudo pałacu rodziców i opowiedziała matce wszystko, co mówił król. Matka ucieszyła się i spytała: «Kiedy masz iść?». «Wieczorem dwudziestego dziewiątego dnia» – odpowiedziała.
Wieczorem dwudziestego dziewiątego dnia dziewczyna wzięła wszystko, czego trzeba, jak mówił królewicz, i poszła. Gdy weszła do owej doliny, było tam źródło o słodkiej wodzie, jakich mało. Powiedziała mu: „Ze wszystkich źródeł, jakie widziałam, żadne nie przyprawia o większe mdłości i nie budzi mniej wiary niż ty. I odtąd nie zobaczę już nic plugawszego niż ty”, sypnęła w nie garść ziemi, odwróciła wzrokspojrzała na nie spode łba i poszła dalej. Napotkała źródło z ropy i krwi. Powiedziała: „Ze wszystkich źródeł, jakie widziałam, żadne nie jest milsze ani słodsze niż ty”, wypiła łyk, obmyła się i poszła dalej. Doszła do pięknej stupy.
Powiedziała: „Ze wszystkich stup, jakie widziałam, żadna nie jest brzydsza ani bardziej mdląca niż tybardziej przyprawiająca o wymioty niż ty”, obeszła ją w lewą stronę, przekroczyła ją i poszła dalej. Doszła do czarnej stupy. Powiedziała: „Ze wszystkich stup, jakie widziałam, nie widziałam lepszej niż ty”, obeszła ją, poprosiła o błogosławieństwo i poszła dalej.
Gdy poszła dalej, starcowi, który nie miał wrzeciona, dała wrzeciono. Gdy poszła dalej, staruszce, która nie miała szczypiec, dała szczypce. Gdy poszła dalej, dzieciom bez ubrania dała ubrania. Gdy poszła dalej, dwóm koźlętom dała po wiązce trawy. Gdy poszła dalej, psom, które nie mogły się podzielić kością, dała po kości.
Gdy poszła dalej, doszła do wschodniej bramy i weszła do środka. Jedni czarownicy usnęli w pół uderzenia w bęben, drudzy usnęli w pół okrzyku „hum, hum, phat, phat”. Skradała się z wolna między nimi, a kolana drżały jej ze strachu. Wzięła to serce, które wołało: „Nie bierz mnie, nie bierz mnie!”, schowała je za pazuchę i uciekła.
Gdy doszła do dwóch psów, czarownicy się spostrzegli.Czarownicy się spostrzegli. Włosy im się zjeżyły, kły się wyszczerzyły, demony z prawej – sza-ra-ra, demonice z lewej – sza-ra-ra! Ruszyli w pościg, wołając: «Stare psy, łapcie ją!». A dwa stare psy rzekły: «My dwa musieliśmy co dzień się bić, bo nie mogliśmy się podzielić tą kością, a ona dała każdemu z nas kość. Nikt nie był dla nas łaskawszy niż ona. Uciekaj, ile sił, a my zatrzymamy ich, jak zdołamy».
Potem doszła do dwóch koźląt. Krzyknęli do koźląt: «Łapcie ją!». Ale koźlęta rzekły: «Dała nam trawę. Nikt nie był dla nas łaskawszy niż ona. Uciekaj, ile sił» – i puściły ją.
Potem doszła do trojga dzieci. Krzyknęli: «Łapcie ją!», ale dzieci rzekły: «Nikt nie był dla nas łaskawszy niż ona. Uciekaj, ile sił». Doszła do staruszki. Krzyknęli do staruszki: «Łapcie ją!», ale staruszka rzekła: «Nikt nie był dla mnie łaskawszy niż ty. Uciekaj, ile sił, a ja zatrzymam ich, jak zdołam». Potem dziewczyna doszła do starca. Krzyknęli do starca: «Łapcie ją!», ale on rzekł: «Nikt nie był dla mnie łaskawszy niż ty».
Doszła do obrzydliwej stupy. Krzyknęli: «Łapcie ją!», ale stupa rzekła: «Nie ma nikogo poza tobą, kto by mi się kłaniał i prosił mnie o błogosławieństwo. Uciekaj, ile sił». Doszła do pięknej stupy. Krzyknęli: «Łapcie ją!», ale stupa rzekła: «Z taką lepiej nie mieć do czynienia. Nic jej nie zrobiłam, a ona mnie przekroczyła i obeszła w lewą stronę. Jeśli złapię taką, kto wie, co ludzie powiedzą» – i puściła ją.
Potem uciekała w dół i doszła do źródła z ropą i krwią. Krzyknęli: «Łapcie ją!», ale źródło rzekło: «W całej dolinie nie ma źródła bardziej obrzydliwego niż ja, a tylko ona jedna mnie chwaliła. Uciekaj, ile sił, a ja zatrzymam ich, jak zdołam» – i puściło ją. Doszła do pięknego, czystego źródła. Krzyknęli: «Łapcie ją!», ale źródło rzekło: «Z taką lepiej nie mieć do czynienia. Nic jej nie zrobiłam, a patrz, jak mnie lżyła. Jeśli ją złapię, gotowa mnie obrócić w popiół» – i puściło ją.
Gdy weszła w bramę pałacu, obejrzała się za siebie, a ktoś zawołał: «Chodź na górę!». Królewicz był już w środku. Wtedy przybył król, a stara matka chwyciła królewicza, wołając: «Umarły i żywi się spotkali!», i na chwilę zemdlała. Król i wszyscy poddani się radowali. Uznano, że dziewczyna ma wielkie zasługi. Synka wykształcono, dziewczynę pojęto za królową i urodziło się jeszcze czworo czy pięcioro synów i córek. Królestwo zaś kwitło bardziej niż kiedykolwiek. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz.
Królewiczowi Deczo Sangpo wyrwało się wtedy: „Jak na prostą dziewczynę, ależ miała szczęście!”. Truposz rzekł: „Do Truposza przemówił! Frr, jak jastrząb!” – po czym trzykroć smagnął go jak ogniem i zniknął w tumanie kurzu.
Królewicz pomyślał: „Lama przykazał mi, że cokolwiek Truposz powie, nie wolno mi odpowiedzieć ani słowem. Umysł mi się rozproszył, wyrwało mi się słowo i Truposz uciekł. A lama mówi, że wracać bez Truposza nie ma sensu”. Pomyślał, że musi znów iść po Truposza, i poszedł na owo cmentarzysko.