Rozdział dwudziesty pierwszy
O tym, jak królewicz Dondrup najpierw dźwigał brzemię niedoli, a w końcu sprawował królewskie prawo zgodnie z Dharmą
Potem królewicz poszedł pod owo drzewo.
Mym lamą jest Nagardżunagarbha,
ja zaś jestem królewicz Deczo Sangpo.
Moja sieć jest z żelaza, o dziewięciu oczkach,
moja pałka jest z ciemnej akacji,
moje lasso ma czarodziejską pętlę,
mój miecz ma ostrze, co przecina kamień,
a masła i tsampy, choć jem, nie ubywa.
Myśląc, że Truposz spadnie, zaczął rąbać drzewo: zadał mu jedno cięcie u nasady. Truposz spadł, a królewicz zdzielił go pałką, rozdarł mu usta, ciął nożem po oczach, wyrwał mu kończyny, wpakował do sieci, związał lassem i poniósł. Gdy uszedł jakieś dziesięć kroków, Truposz zawołał: „Królewiczu, królewiczu!”. Królewicz milczał. „Z ust nędznika takiego jak ty, królewiczu, słowa się nie doczekam. Opowiem ci więc opowieść trupa, a ty słuchaj!” – rzekł Truposz.
„Dawno temu w wielkiej dolinie żył, jak powiadają, król Dharmy imieniem Donsang. Jego żoną była, jak powiadają, królewska córka z zachodnich Indii. Mijały lata, a syn się nie rodził. Zapytali więc o radę wróżbitkę i astrolożkę, a one rzekły: «Jeśli udacie się na wyspę na wielkim zewnętrznym oceanie i złożycie tam ofiary bogom i nagom, urodzi się syn».
Król z królową, z poddanymi, dworem i sługami przystroili się w klejnoty, załadowali na grzbiety wielu słoni dary ofiarne dla bogów, wzięli tormy dla bogów i nagów i udali się na wyspę na wielkim oceanie. Łodziami i statkami dotarli do czystego miejsca, gdzie mieszkają bogowie i nagowie. Tam bez wytchnienia modlili się do Trzech Klejnotów, złożyli obrońcom Dharmy tormy i ofiary, ośmiu klasom duchów dali tormy i tak tam przebywali. Po siedmiu dniach pojawił się pomyślny znak, że będzie syn, i wrócili do swego kraju. Gdy wrócili, po dziewięciu miesiącach i dziesięciu dniach urodził się niezwykły syn. Pokazano go braminowi, który znał się na znamionach.
«Syn ma pomyślne znamiona, widać, że jest wcieleniem Buddy. Otacza go niezwykła poświata na sążeń wokół. Obejmie tron jeszcze za życia króla» – rzekł bramin. Król i królowa uradowali się. Poddani, dwór i słudzy też się cieszyli, wywiesili chorągwie, dęli w muszle. Nadano mu imię królewicz Dondrup.
Królewskie prawo kwitło zgodnie z Dharmą. Gdy królewicz skończył cztery lata, był piękny i promienny. Wtedy królowa zapadła na ciężką chorobę i zmarła. Poddanych ogarnął wielki smutek: «Odkąd umarła, nawet ziemia w dolinie traci swą moc. Wielkie to nieszczęście».
I mówili: «Takiej królowej, jak ona, teraz nie znajdziesz. Ale nie godzi się, by król był bez żony». Wszyscy się naradzali, lecz żony równej królowi godnością nie znaleziono. Wzięto więc żonę niezbyt godną.
Po jakimś czasie urodził się jej piękny, promienny syn. Nadano mu imię królewicz Donjo. Obaj bracia pokochali się bezgranicznie. Za dnia jedli z jednej miski, a nocą spali na jednym posłaniu, pod jednym kocem i na jednej poduszce.
Po jakimś czasie królowa weszła na szczyt zamku, żeby popatrzeć. Patrzyła i nasłuchiwała od strony wschodnich łąk, a tam, na wschodzie, zebrało się osiemdziesiąt cztery tysiące ludzi przy zabawach. Wśród zabaw i pogaduszek o niczym najważniejsi z nich, ci, co przewodzą naradom, mówili: «Naszemu królowi urodziło się dwóch synów. Na tron godzi się wybrać starszego. Ale czy przez wpływy matki nie wybiorą młodszego?». Zebrani tam prości ludzie przytaknęli zgodnie:
«Królewicz Dondrup ma matkę z dobrego królewskiego rodu. Urodził się z modłów do bogów i duchów ńen i ma piękne znamiona Buddy, więc nie godzi się wybrać na tron kogoś innego. Matka królewicza Donjo jest kobietą z ludu, a on sam jest młodszym bratem, więc tronu nie dostanie». Gdy królowa to usłyszała, zrodziła się w niej niechęć.
Spojrzała na południe. Na wielkiej południowej równinie zebrali się wszyscy mężczyźni: strzelali z łuku, skakali, ciskali kamieniami. Gdy skończyli zabawy, pili piwo i rozmawiali o tym i owym, a mówili też o dwóch braciach królewiczach: «Godny tronu jest królewicz Dondrup».
Spojrzała na północny wschód od pałacu. Mnóstwo dzieci bawiło się tam i paplało, że to król Dondrup jest godny tronu. Jedne usypały tron z darni, siadały na nim i mówiły: «To intronizacja króla Dondrupa». Inne mówiły: «Jesteśmy ministrami» i udzielały mu rad. Jeszcze inne mówiły: «Jesteśmy poddanymi» i z szacunkiem składały mu dary. Jedno z dzieci powiedziało: «Jestem królem Donjo» i usiadło obok tronu. A wszystkie wołały jednym głosem: «Król Dondrup zasiadł na tronie! W kraju Sangling wzeszło słońce szczęścia!».
Także ministrowie zgodnie i stanowczo postanowili wybrać na tron króla Dondrupa. Królowa pomyślała: «Na co nie spojrzeć, na mowę i postępki mieszczan czy na mowę i postępki ministrów, wszystko wskazuje, że tron obejmie starszy brat. Mój syn chyba tronu nie dostanie. A jeśli syn nie dostanie tronu, matki nikt nie będzie poważał ani szanował. Muszę znaleźć sposób, żeby tego królewicza Dondrupa nie było». I zrodziły się w niej złe myśli.
Pewnego razu natarła prawy policzek czerwoną ochrą, a lewy indygiem, napluła sobie niebiesko-czerwoną flegmą, zeszła po schodach i padła rozkraczona na drodze, którą król Dharmy Donsang obchodził na dziedzińcu zamku święte wizerunki ciała, mowy i umysłu. Na twarzy zalegała jej niebiesko-czerwona flegma i krew.Na klepisku zalegała niebiesko-czerwona flegma i kałuża krwi. «Och, boli! Och, pali!» – jęczała, leżąc.
Król zapytał: «Co ci jest? Gdzie cię boli?». I pomyślał: «Pierwsza żona też nagle zmarła z choroby. Co począć, skoro i tę dręczy tak ciężka choroba?». I zaniepokoił się bardzo. Pytano wróżbitkę, kazano astrolożce liczyć – nic nie pomogło. Odprawiano obrzędy, rytuały z tormami i wiele innych – nic nie pomogło. Sam król ze zmartwienia omal nie zachorował.
Po kilku dniach królowa rzekła: «Jest coś, co by mi pomogło, ale tego nie zrobisz. Nie ma dla mnie innej drogi niż śmierć». Król na to: «Jeśli jest coś, co ci pomoże, zrobię to. Cóż to takiego?».
Królowa rzekła: «Nasz królewicz Dondrup to nie człowiek, lecz wcielenie demona. Zaraz po jego urodzeniu umarła jego matka. Teraz i mnie ściąga na kark śmiertelną szkodę. A nie tylko mnie: wróżby i złe znaki zapowiadają niebezpieczeństwo dla życia króla. Powiadają, że gdyby go zabić i dać mi jego serce, ozdrowiałabym, a wtedy i życiu króla nic by nie groziło. A jeśli nie to, to gdyby go wywieźć na pustą wyspę na wielkim zewnętrznym oceanie, gdzie nie ma ani jednego człowieka, nikomu by nie szkodził. Ale gdybyś tak zrobił, ludzie by cię potem ganili. Lepiej więc pozwól mi umrzeć».
Król przez chwilę był jak bez duszy. Pomyślał: «Ten syn urodził się z modłów do Trzech Klejnotów, gdy żyła jeszcze moja wspaniała żona. Jego matka umarła. Bramin znający się na znamionach powiedział, że obejmie tron, zanim umrę, więc nie ma obawy, że tron dostanie ktoś inny. Czyżby to była moja wina?zanim umrę; znikąd indziej wszak tronu zdobyć nie zdoła, więc czyżby miał objąć mój tron za mojego życia? Przepowiednie wróżbitki i sny chyba nie mówią prawdy». I rzekł do królowej:
«Choćby ci to pomogło, zabić go nie mogę. Nasze królestwo wyrzekło się krzywdzenia istot. Za nic nie popełnię takiego złego czynu, by zabić własnego syna i odrodzić się za to w piekle. Czy trzeba go, jak mówisz, wygnać na kraniec świata?» – wyrwało mu się.
Gdy król przystał, choroba królowej zaczęła ustępować.Choroba owej kobiety także zaczęła ustępować. Na zgromadzeniu poddanych król ogłosił: «Nasz królewicz Dondrup okazał się wcieleniem demona. Wygnamy go więc do tej krainy, gdzie niegdyś wyproszono go u bogów. Przygotujcie na tę okoliczność zapasy jedzenia».
Ministrowie wiedzieli, że rozkaz króla trudno odwrócić, jak kamień toczący się ze stromej góry, i nie znaleźli sposobu, by się sprzeciwić, ale po cichu bardzo go potępiali. Ludzie życzliwi królowi Dondrupowikrólewiczowi Dondrupowi donieśli mu: «Nasza królowa znienawidziła królewicza. Oczerniła go przed królem i chce, żeby królewicz zginął».
Królewicz pomyślał: «Zamiast bez sensu wpaść w ich ręce, lepiej uciec». W kącie, gdzie obaj bracia sypiali, zbierał resztki tsampy, które zostawały im z posiłków. Król i królowa posłali po królewicza Donjo i wabili go: «Chodź przymierzyć, czy dobre są ładne ubranka, buciki, mały łuk i strzały, które ci robimy». Ale bracia tak się kochali, że Donjo do rodziców nie poszedł.
Niektórzy mówili też królewiczowi Donjo: «Twojego starszego brata chcą, jak się zdaje, wygnać na kraniec świata. Czy nie lepiej, żebyś przy nim nie przebywał?Czy nie lepiej, żebyś został przy nim za towarzysza?». Młodszy brat rzekł: «Bracie, chcą cię wygnać na kraniec świata. Weź mnie ze sobą!» – i objął brata za szyję. Starszy brat odparł:
«Na wygnaniu nie znajdziesz co jeść. Mnie wrzucą do zewnętrznego oceanu, więc lepiej, żebyś ty został panem jadła i dobytku i zachował królewski ród. Twoja matka nie ma innych dzieci. Jeśli wrzucą do wody nas obu, ród ojca króla wygaśnie. Biegnij więc do zamku. Ja nie zważałem na wolę ojca i matki i wracałem do domu, więc choćby mnie zabili, pogodzę się z tym».
Młodszy brat rzekł: «Skoro starszego brata spotkała taka niedola, to niech i ród wygaśnie. Żywi czy martwi, pójdziemy razem» – i nie odstępował brata ani na krok. Król i królowa rozkazali: «Rano, gdy będą wyganiać starszego, niech ministrowie zatrzymają młodszego».
Wyliczono dzień i przygotowano wygnanie królewicza Dondrupa. A królewicz Dondrup pomyślał: «Z bratem rozstać się nie sposób. Ale jeśli pójdziemy razem, król bez młodszego syna uschnie ze zmartwienia. A jeśli obaj zginiemy, ród wygaśnie». O północy wstał cichoO północy zerwał się nagle, ale młodszy brat to poczuł, objął go za szyję i tak zasnął. «Jeśli pójdziesz, weź i mnie» – mówił, więc odejść się nie dało. Dondrup postanowił iść, gdy tylko minie północ, i odczekał chwilę. Resztki tsampy zebrane przy wezgłowiu wsypał do worka na mięso i odłożył. Przez kilka nocy próbował uciec, ale młodszy brat wyczuwał to i nic z tego nie wyszło. Pomyślał: «Teraz, cokolwiek by się stało, zostać nie mogę».Pomyślał: «Teraz, cokolwiek bym zrobił, on nie zostanie». O porze, gdy śpią i dorośli, i dzieci, zarzucił worek z suszonym mięsem na ramię i wyszedł. A młodszy brat, w obawie, że starszy odejdzie, spał nie zdejmując ubrania ani butów.
Poczuł, wstał i pobiegł za nim. «Bracie, dokąd idziesz? Pójdę za tobą!» – wołał, aż go dogonił. «Chłopcze, porzuciłeś szczęście, a kupiłeś niedolę! Przez niedolę brata i ty cierpisz» – rzekł starszy i zabrał go ze sobą. Nie mieli dokąd iść. Doszli na bezkresną piaszczystą równinę, w miejsce, gdzie nie było żadnej drogi.
Gdy skończono przygotowania do wygnania królewicza Dondrupa i posłano po królewicza Donjo, doniesiono królowi, że obu królewiczów nigdzie nie widać. «To niemożliwe. Pewnie ukryli ich nasi poddani. Szukajcie!» – rzekł. Szukano w całym królestwie, ale ich nie znaleziono. Wysłano konnych gońców na cztery strony świata, ale obu królewiczów nie znaleziono. Król i królowa zmartwili się bezgranicznie. A na królową spadła choroba już nie udana, lecz prawdziwa. Poddani mówili: «Biedni królewicze! Królowej należało się właśnie coś takiego».
Tymczasem obaj królewicze szli przez północną równinę, gdzie nie rośnie ani jedno źdźbło trawy, a groźne demony i drapieżniki nie robiły im krzywdy, lecz kłaniały się im i witały ich. Przez kilka miesięcy przemierzali bezludne północne równiny i puste doliny. Starszy brat zjadał po grudce suchej tsampy i młodszemu też dawał po grudce. Droga trwała długo i jedzenie się skończyło. Pokroił więc skórzany worek i dał bratu do jedzenia, a od tej skóry, w upale,dał bratu do jedzenia i sam jadł, a że ten skórzany worek był słony, pragnienie paliło ich jak ogień. Długo szli przez północną równinę, jedzenia było mało i opadli z sił. Wreszcie doszli do doliny, w której nie było wody.
Młodszy brat, wycieńczony, nie mógł zrobić ani kroku.Młodszy brat, jako że był jeszcze mały, nie mógł zrobić ani kroku. Starszy niósł go na plecach i szukał wody, ale jej nie znalazł. «Może za tym zboczem jest woda. Zostań tutaj, a ja pobiegnę poszukać» – rzekł starszy. Młodszy na to: «Zdaje się, że brat chce mnie porzucić». «Nie bój się, nie porzucę cię. Jeśli nie znajdę wody, umrzemy obaj» – odpowiedział starszy i poszedł.
Zostawił młodszego brata i szukał wody, ale nie znalazł. Młodszy siedział i wyciągając szyję, patrzył tam, dokąd poszedł brat. Gdy brat zniknął mu z oczu, młodszy krzyknął raz: «Bracie!» i upadł twarzą na ziemię. Starszy obejrzał się, zobaczył, że brat upadł, i natychmiast przybiegł. Gdy dobiegł, młodszy już nie żył. Wziął go na kolana, rozwiązał pas i przytulił do swego ciała, wlał mu do ust ślinę, przyłożył usta do jego ucha, wołał i płakał. Wołał, ale brat nie ożył. «Ja, starszy brat, zgubiłem młodszego!» – rzekł i na chwilę stracił przytomność. Gdy tylko się ocknął, odmówił nad ciałem brata życzenie takie:
«Byliśmy nierozłączni, a teraz, porzuciwszy królestwo, muszę iść sam. Jak włos wyciągnięty z masła zostałem sam na północnej równinie. Znam tylko ziemię i niebo. Jakiż zły czyn popełniłem w dawnych żywotach? Gdybym to ja umarł, a brat żył, byłoby dobrze!» – i długo tak lamentował. «Lecz to, co zwą nietrwałością i śmiercią, nigdy nie jest daleko. Jeśli mam z dawnych żywotów bóstwo opiekuńcze, niech się jeszcze w tym życiu spotkamy i niech zobaczymy starych rodziców. Niech porzucę złe, niecnotliwe czyny. Niech pamiętając o tym, umiem oddać na jałmużnę wszystko jedzenie, jakie mam» – tak się modlił. Potem przez chwilę trwał w głębokim skupieniu, ale i to nic nie pomogło.
Zarzucił ciało brata na plecy, przeszedł osiemnaście przełęczy i dolin, a gdy dotarł za nie, ujrzał przed wysoką skalną górą krzak dzikiej róży. «Jeśli go tu ukryję, w nisko położonym miejscu, odrodzi się w niskim stanie» – pomyślał. Wspiął się więc na wierzchołek wielkiego krzaka róż. Stamtąd widać było, jak spływają strumienie z łupkowych i śnieżnych gór. Tam, w chłodnym cieniu róży, zrobił z płyt łupkowych porządną skrzynię, żeby żadne stworzenie nie zrobiło bratu krzywdy, i złożył w niej jego ciało. Dopóki widział kamienną skrzynię, nie mógł się z nią rozstać i szedł, oglądając się za siebie. «Jeśli tu zostanę, zabraknie mi środków do życia» – pomyślał i ruszył przez wiele przełęczy i dolin.
W miejscu, gdzie nie było słychać ani ludzkiego głosu, ani psiego szczekania, usłyszał głęboko w uszach dźwięczne cymbałki. «Czyżby w tej dolinie był klasztor?» – pomyślał i rozejrzał się uważnie. Na ścieżce był ślad jednego człowieka. Poszedł nim i przy źródle ujrzał mnicha-pustelnika, który składał ofiarę z tormy. Podszedł do niego. Leżało tam mnóstwo rozrzuconych i usypanych resztek tormy; gdy zaczął je jeść, lama otworzył na chwilę oczypo chwili otworzył oczy i ujrzał królewicza.
Królewicz od długiej wędrówki po północnych równinach był wygłodzony, cera mu poszarzała, od słońca i wiatru szaty zdarły się w strzępy, a po śmierci brata włosy stały mu dęba. Widząc tę straszną postać, lama rzekł: «Od młodości, gdy zęby były białe, do starości, gdy włosy zbielały, oddawałem się praktykom z tormami, rocznym i miesięcznym odosobnieniom, i nie było chwili, bym nie trwał w skupieniu. A głodnego ducha widzę na własne oczy dopiero teraz!». I smagnął go raz różańcem jak biczem.
Odmówił też gniewne zaklęcia. A królewicz pomyślał: «Nie jestem syty w środku ani okryty z zewnątrz. W ludzkim życiu, od młodości do starości, szczęście i niedola, rozkwit i upadek przychodzą tak, jak przyszły do mnie. Jeśli jeszcze kiedyś będę coś miał, ujmę sobie od ust i będę dawał jałmużnę każdemu bez wyjątku. Ujmę z bogactw i będę dawał jałmużnę. Ujmę sobie snu i jedzenia i będę zachęcał sześć rodzajów istot do dobrych czynów». Taki wielki ślub tam złożył.
Potem pokłonił się trzykrotnie lamie i rzekł: «Nie jestem głodnym duchem. Jestem biedakiem, któremu los się odwrócił». «Dokąd idziesz?» – zapytał lama. Królewicz odpowiedział: «Słysząc o sławie lamy, przyszedłem nosić wodę i usługiwać przy tormach». «To wejdź» – rzekł lama. Ogolono królewiczowi głowę, zmieniono mu szaty i porządnie go nakarmiono. Lama przyjrzał mu się i zobaczył chłopca o pomyślnych znamionach, otoczonego poświatą. Uradował się i pomyślał: «Widać, że jakiś strażnik nauk, obrońca Dharmy, przysłał mi go, żeby był mi synem w miejsce synażeby jako syn zastąpił mi ojca i następcą w służbie kapłana króla». I powierzył mu służbę przy tormach i noszenie wody.
Rano posłano go w górę doliny kosić trawę. Trawy było dużo, więc za każdym razem przynosił po dwa naręcza. Jednym moszczył posłanie lamy, drugim swoje, i co dzień je zmieniał. Gdy szedł w górę doliny, ze szczytu widać było na dnie doliny pałac królewski, jakby sięgał nieba, a u wylotu doliny wielkie jezioro, jakby niebo spadło na równinę. Poddanych króla było bez liku. Potem wracał i co dzień, jak przedtem, kosił trawę. Trawiaste posłanie lamy co rano było zleżałe, a jego własne zostawało nietknięte.
Lama rzekł: «Twoje posłanie zostaje nietknięte. Widać, że nocą nie śpisz. Masz jakieś wielkie zmartwienie, powiedz mi». Królewicz odpowiedział: «Komu mam powiedzieć, jeśli nie lamie? Moje zmartwienie jest takie: jestem synem króla Donsanga, władcy wielkiego królestwa. Moja matka jest macochą…» – i opowiedział szczegółowo całą swoją historię, jak został wygnany i wszystko inne. «Miałem młodszego brata, który był mi jak serce. Umarł, i choć kładę głowę na poduszce, wcale nie mogę zasnąć. Poza wielką dobrocią lamy myślę tylko o jednym: żeby odzyskać kości brata».
Lama rzekł: «Nie jesteś zwykłym człowiekiem. Pochodzisz, jak widać, z królewskiego rodu. Nie godziło się, by rodzice wygnali takiego syna. Jutro pójdziemy tam, gdzie są kości twego brata. Synu Dondrupie, prowadź».
Wzięli jedzenie na kilka dni i poszli tam, gdzie były kości. Gdy doszli do krzaka róży, kamiennej skrzyni już nie było. Rozglądali się na wszystkie strony, ale nie było ani kości, ani choćby rozsypanych włosów. Bo królewicz Donjo, mocą życzenia, które wypowiedział starszy brat, ożył: gdy nastało lato, deszcz spadł na wierzchołek róży, krople z róży spłynęły królewiczowi do ust, długie pragnienie zostało ugaszone, a że dusza nie opuściła jeszcze ciała, królewicz wstał i odszedł w głąb północnych równin. I tak się z nimi nie spotkał.
Lama z uczniem wrócili do klasztoru i odprawili za królewicza obrzęd mandali i wazy. Odtąd królewicz co dzień chodził w górę doliny zbierać drewno. Jedni nazywali go Starszym Bratem Dondrupem, inni Małym Dondrupem, i mówiono: «Mały jest miły i ładnie mówi». Bawił się i mocował z rówieśnikami, a że urodził się w roku smoka, pokonywał nawet starszych od siebie. Nikogo innego z roku smoka tam nie było, więc królewicz przechwalał się: «Jestem z roku smoka, więc i sławę mam większą niż smok. Kto na mnie natrze, ten jakby na smoka natarł». Potem wracał do lamy.
Król tamtej doliny miał przepiękną, promienną córkę, a innych dzieci nie miał. Do jeziora w tej dolinie od dawna, w pomyślne dni, zstępował z nieba turkusowy smok i z rykiem zanurzał się w środek jeziora. Tego dnia król z ministrami urządzali widowiska i uczty. Dzięki temu w królestwie deszcz padał w porę, plony i bydło się darzyły, ustawały choroby ludzi i zwierząt, a ponieważ w wielkim zewnętrznym oceanie był klejnot spełniający życzenia, spełniało się, jak się zdaje, każde życzenie, jakie się przed nim wypowiedziało. Później, gdy czasy się odmieniły, żywy smok przestał zstępować do jeziora. Wrzucano więc do jeziora żywcem po jednym człowieku urodzonym w roku smoka, który skończył dwanaście lat, a król z ministrami, wystrojeni, modlili się i wtedy, jak dawniej, spełniało się każde życzenie.
Wysłano ludzi, by poszukali w dolinie kogoś w odpowiednim wieku, i usłyszeli, że jest taki chłopiec, dwunastoletni, królewicz Dondrup. Posłańcy, którzy mieli go przyprowadzić, przyszli do lamy-repy, jogina w bawełnianej szacie, i zastukali do drzwi: «Nasz król mówi, że lama ma tu dwunastoletniego chłopca. Jest potrzebny do pomyślnego obrzędu, trzeba go natychmiast przysłać».
Lama pomyślał: «Wiem, że dawniej wrzucano ich do jeziora». Ukrył chłopca pod odwróconym glinianym dzbanem: «Cokolwiek się stanie, mnie nic nie zrobią, ale ciebie wrzucą do jeziora, więc nie wydawaj głosu». I rzekł do posłańców: «Ja, lama, odprawiam roczne i miesięczne odosobnienia, skąd miałbym chłopca? Jeśli macie ochotę mnie zabić, zabijcie» – rzekł bezradnie. Oni przetrząsnęli wszystkie kąty, dobyli noży: «Zabijemy lamę!» – i zaczęli go dźgać. Królewicz zobaczył to przez dziurkę w dzbanie, pomyślał: «Zabiją lamę!» i zawołał: «Jestem tutaj! Nie róbcie tego mojemu dobroczyńcy!». Odrzucił dzban i wstał. «To ten chłopiec!» – ucieszyli się. «Ładny chłopiec» – rzekli, chwycili go za rękę i zabrali. Lama nie zdołał go zatrzymać i upadł na wznak. Pogrążony w żałobie, nie mógł nic przełknąć i omal nie umarł.
Gdy królewicz stanął przed wielkim królem, król ujrzał go i uradował się: «Cóż za piękny chłopiec!». Przez dwa, trzy dni królewicz przebywał w komnacie króla. Królewska córka, dwunastoletnia, piękna i promienna, zakochała się w królewiczu. Trzymali się za ręce i za nic nie chcieli się rozstać. Gdy nadszedł czas ofiary dla zewnętrznego oceanu, mówiono: «Co robić? Tych dwojga nie da się rozdzielić». Królewicz sam im doradził: «Królewna trzyma mnie i nie puszcza. Wy, ze stu ministrami, popłyńcie razem z nami łodzią, którą płynie się po klejnot. Gdy dziewczyna zaśnie, chwyćcie ją. A ja dla was, dla pożytku istot sześciu światów, pójdę z sercem, które nie zna trudności».
Ministrowie powtórzyli to królowi. Król uradował się i rzekł: «Chłopiec mówi prawdę». Ministrowie ze świtą popłynęli łodzią razem z nimi. Królewna zapatrzyła się i rozluźniła uścisk. Królewicz mrugnął do ministrów: «Trzymajcie ją!» i z sercem pełnym współczucia skoczył. Niebo okryło się namiotem z tęcz i światła, nad ziemią rozległ się grzmot i błysnęły błyskawice. Ministrowie chwycili królewnę i wrócili do pałacu.
Pośrodku wielkiego oceanu zebrało się niezliczone mnóstwo nagów i nagiń, na czele z Nandą i Upanandąz Nandą i Takszaką. Gdy królewicz, cały skrzący się od rosy, zjawił się wśród nich, nagowie powitali go i ugościli wspaniale: «Dawniej dawano nam po człowieku. Gdy go wrzucano do jeziora, bliscy płakali i zawodzili, grała muzyka, dźwięczały cymbały, że opisać nie sposób. A teraz, gdy ty, wielki królu Dharmy, tu przybyłeś, nasze krainy nagów nabrały soków, istoty żyją długo, ich dzikość łagodnieje, a po śmierci odradzają się w krainie bogów» – cieszyli się.
«Czy wrócisz teraz na górę, czy zostaniesz tu dla dobra nas, nagów?» – pytali. Królewicz odpowiedział: «Gdziekolwiek będę, wszystko jedno. Ale mam dobrego lamę, który się o mnie zamartwia, i młodszego brata, który błąka się po świecie». Nagowie rzekli: «W takim razie prosimy, wróć na górę. Dzięki twojej dobroci odtąd nie trzeba będzie wrzucać ludzi do jeziora. Sprawimy, że klejnot spełniający życzenia i wszystkie soki ziemi będą obfitsze niż dawniej». Taką złożyli obietnicę. W połę szaty królewicza nasypali mnóstwo niezwykłych klejnotów, pokłonili się i wypowiedzieli życzenia.
Królewicz zamknął oczy i rzekł: «Obym znalazł się przy moim lamie». I w tej samej chwili stanął przed lamą. Lama, przygnieciony żałobą po królewiczu, nic nie jadł i był bliski śmierci. Oczy mu zapadły i nie poznawał ludzi. Królewicz objął go za szyję: «Mój lamo, co się z tobą stało! Wróciłem, nie martw się już». «Mojego królewicza wrzucono do jeziora i nie ma go. Nie bywa tak, żeby umarły wracał żywy. Ty mnie tylko pocieszaszDrwisz sobie ze mnie» – rzekł lama i padł bez sił.
Królewicz ugotował mu zupę z suszonego mięsa i natarł mu ciało olejem, i lama przyszedł do siebie. Oczy oczyściły mu się z ropy, powieki się uniosły. Królewicz objął go za szyję: «To ja, królewicz». Lama ujrzał królewicza, uradował się bardzo i objął go za szyję: «Że też żywy z umarłym się spotkał! Jak to się stało, że mogłeś wrócić?». Królewicz opowiedział lamie wszystko, co go spotkało, a lama uradowany rzekł: «Takiego królewicza jak ty trudno znaleźć na świecie. Wielka jest twoja dobroć dla mnie i dla wszystkich istot. Obyśmy nie rozstali się w tym życiu, a w następnym obym się urodził jako pierwszy z twojego otoczenia» – tak się modlił.
Odtąd lama i królewicz, gdy spali – to na jednej poduszce, gdy jedli – to z jednej miski, gdy szli – to trzymając się za ręce, i ani na chwilę nie mogli się rozstać.
Po jakimś czasie król doliny rzekł: «Trzeba zaprosić naszego lamę i złożyć mu cześć. Odkąd chłopca wrzucono do jeziora, plony są lepsze niż przedtem, klejnot spełniający życzenia się pomnaża, ustały choroby ludzi i bydła, deszcz pada w porę i panuje wszelka pomyślność». I posłał po lamę.
Ministrowie rzekli lamie: «Król posyła po ciebie, żeby odwdzięczyć się za twoją dobroć». Lama przyjął zaproszenie. I rzekł do królewicza: «Jeśli nie pójdziemy razem, nie zniosę rozłąki. A jeśli pójdziemy razem, kto wie, czy król cię nie zabierze. Trzeba coś wymyślić». Na swój szeroki płaszcz narzucił jeszcze długą opończę i tak się ubrał. Królewicz trzymał się go z tyłu, pod spodem, i tak poszli.
Ministrowie prosili: «Prosimy, niech lama dosiądzie konia». «Wyrzekłem się czworonogów. Jedźcie przodem, ja dojdę później» – rzekł lama. Ministrowie pojechali przodem i donieśli: «Lama wyrzekł się czworonogów i idzie pieszo». Przygotowano dla lamy wspaniałe siedzisko. Król z córką wyszli mu na powitanie. Królewna od żalu po śmierci królewicza straciła cały blask. «Prosimy, niech lama zasiądzie na wysokim tronie» – prosili. Lama mówił, że nie usiądzie, ale nie słuchali, a gdy wspinał się na tron, opończa się zsunęła i królewicz, nagi, ześlizgnął się na róg tronu. Król, królewna i dwór spojrzeli na królewicza, a królewna rzuciła mu się w objęcia.
Król i ministrowie zdumieli się bardzo: «Cóż to ma znaczyć, lamo?». Lama opowiedział królowi, ministrom i królewnie całą historię, a także szczegółowo o królewskim pochodzeniu królewicza. Królewicz wyjął klejnoty z głębin i ofiarował je królowi do rąk własnych. Król uradował się: «Jesteś wielkim królem Dharmy, a ja cię nie poznałem» – i kazał zbudować dla królewicza złoty tron. Król i ministrowie zasiedli na swoich miejscach. Dla królewny zbudowano turkusowy tron. Złożono królewiczowi wspaniałe dary i długo rozmawiano.
Wtedy król rzekł: «Królewiczu Dondrupie, okazuje się, że jesteś z dawnego królewskiego rodu, a nade wszystko, sądząc z tego, co tu widzę, jesteś wielkim królem Dharmy, skoro twoje czyny i cudowna moc są takie. Choćbym szukał gdzie indziej, takiego nie znajdę. Nie mam syna, więc on jest godny być moim następcą. A ta dziewczyna jest z nim nierozłączna, jakby łączyła ich karma. Dziś gwiazdy są pomyślne, więc wyniosę królewicza Dondrupa na tron».
I dodał: «A ja przyjmę święcenia, a my dwaj z lamą założymy klasztor na górze, gdzie jest trawa, woda i drewno, i tam zamieszkamy». Zgromadził wszystkich poddanych, a klejnoty spełniające życzenia, które miał, wspaniałe, cudowne święte przedmioty i złote księgi wyniesiono uroczyście. Niebu złożono w ofierze jedwabie, a całą ziemię wypełniły pieśni, tańce i zabawy. Z najlepszymi końmi i słoniami dokonano dla królewicza obrzędu konsekracji (rabne). Królewicz poślubił królewnę i objął tron. Wielki król oddał się Dharmie.
W górze doliny założono niezwykły klasztor. Stary król zamieszkał tam z lamą, mnichami i całą wspólnotą, krzewiąc prawo Dharmy. Poddani się radowali, a szczęście i dostatek rozkwitły jak nigdy dotąd.
Pewnego razu królewicz Dondrup pomyślał: «Moje królestwo kwitnie zgodnie z Dharmą, ale o tym, gdzie jest mój brat, nic nie wiem». I ogarnął go wielki smutek. Zabrał ze sobą rzesze poddanych, wzięli zapasy mąki na pół miesiąca, a on rzekł: «Teraz, kiedy my, panowie i słudzy, mamy się dobrze, pójdziemy na wyprawę dla rozwiania smutku i zagospodarujemy całe północne równiny». I ruszył z panami i sługami.
Szedł tam, gdzie szedł przedtem. W pustkowiach, gdzie nie było osad, zakładał osady, gdzie nie było pól – pola, gdzie nie było wody – wydobywał wodę, i rozdawał pola ubogim poddanym, którzy nie mieli z czego żyć. Gdy dotarł do miejsca, gdzie umarł królewicz, przy krzaku róż wykopał staw, założył klasztor, ustanowił nieustanne nabożeństwa i coroczne obchody.
W drodze tam nie natrafił na żaden ślad brata. W drodze powrotnej, gdy przyjechał na coroczne obchody, drwal z klasztoru rzekł: «Powyżej naszego klasztoru chodzi straszna istota, jakiej oczy dotąd nie widziały: z postaci człowiek, ale ciało ma porośnięte włosem i wydaje donośne krzyki. Jest wiele dolin stąd». Króla ogarnęła tkliwość, jakby spotkał brata. Król rzekł: «Wy, poddani, dworzanie i słudzy, osiądźcie w tej pustej krainie w zamkach, jak komu wypada.wznieście w tej pustej krainie zamki, jak komu wypada. Nie krzywdźcie jeden drugiego, każdy niech pracuje na swoim».
Z piętnastoma ludźmi udał się za przełęcz, gdzie widziano tę istotę. Gdy dotarł do miejsca, gdzie umarł królewicz, poczuł wielką radość, jakby miał dziś spotkać brata. Przypomniał sobie niedolę, której tam niegdyś zaznał, i łzy popłynęły mu z oczu.
Gdy wyszedł na szczyt góry, usłyszał z doliny donośne krzyki. Skradał się powoli i ujrzał człowieka porośniętego włosem, podobnego do ogra, który zabił jakieś zwierzęnahura i niósł mięso, wołając po imieniu starszego brata: «Bracie Dondrupie, gdziekolwiek jesteś, tu jest twoja część mięsa!». Nocami spał w tym miejscu, a za dnia wstawał i szedł dalej. Gdy poszli jego śladem, ujrzeli zbudowany z suszonego i surowego, świeżego i starego mięsa mur wielkości domu. Król zalał się łzami. «Czyżby mój ukochany brat nie umarł i był żywy?» – pomyślał, i serce ścisnął mu wielki smutek.
Odesłał swoich ludzi z powrotem. Gdy odeszli, tamten znów nadchodził z częścią mięsa, wołając: «Bracie Dondrupie, gdziekolwiek jesteś, tu jest twoja część mięsa!». «Donjo, jestem tutaj!» – odkrzyknął król, a brat nadstawił uszu. Gdy król podszedł bliżej, wołając: «To ja, twój brat!», królewicz Donjo pomyślał, że to jakby głos jego brata, pokłonił się i przybiegł. Tak spotkali się obaj bracia. Starszy rzekł do młodszego: «Jakaż niedola cię spotkała!» i zalał się łzami. Młodszy zawołał: «Spotkałem brata!» i ogarnęła go ogromna radość. Obaj przez chwilę leżeli bez sił.leżeli zemdleni.
Gdy odpoczęliGdy ocknęli się z omdlenia, razem udali się tam, dokąd król wcześniej przybył na wyprawę. Stąd, że bracia królewicze, żywy i jakby umarły, spotkali się i rozwiał się ich smutek, wzięła się nazwa «wyprawa dla rozwiania smutku». Ogolono młodszemu bratu włosy na ciele, podano mu pięć nektarów i odzyskał blask równy blaskowi starszego. Potem udali się do klasztoru w miejscu, gdzie wcześniej umarł młodszy brat, i ustanowili nieustające nabożeństwa. Wzdłuż całej drogi zakładali wielkie wsie i wrócili do pałacu.
Wtedy król pomyślał: «Skoro udało mi się spotkać brata, widać spełniły się wszystkie moje życzenia. Trzeba iść odwiedzić ojca króla». I wyruszył z pałacu z drogocennymi klejnotami i wszelkimi bogactwami, jakich dusza zapragnie, z siedmioma klejnotami włącznie. Król z królową i bratem, we troje, otoczeni poddanymi, udali się do ojca.
W pobliżu krainy ojca kilku poddanych budowało zamek. Królowi i królowej wysłano przodem wielu ludzi z dzielnym ministrem na czele, by zanieśli im wieść. Ale ludzie budujący zamek usłyszeli, że jakiś wielki król Dharmy z kresów chce zagarnąć ich kraj i ziemie, krzyknęli: «Wojna!» i uciekli do pałacu. Posłańcy mówili, że przynoszą wieść, iż królewicz Dondrup z bratem jadą odwiedzić ojca, ale w pałacu mówiono: «To niemożliwe. To na pewno wojsko, które przyszło zagarnąć królestwo» – wszyscy się przerazili i nie wiedzieli, co począć.
Gdy nadeszła wieść: «Nadjeżdża król Dondrup», król i ministrowie bardzo się ucieszyli. Niebu złożyli w ofierze jedwabie, ziemię wypełnili pieśniami, tańcami i muzyką i wyszli na powitanie braci królewiczów. Ojciec król, który dotąd nie przekraczał progu pałacu, rzekł: «Teraz wyjdę na powitanie moich dwóch synów». Podparł powieki kryształowymi patyczkami, wziął do ręki turkusową laskę i razem z królową wyszli na powitanie. Od zamku przeszli do miejsca o ośmiu pomyślnych znakach. Tam spotkali się król z królową i bracia królewicze z żoną i dziećmi.
Radość była bezmierna i padli sobie w objęcia. Matka rzekła: «Królu Dharmy Dondrupie, nie wiedząc, że jesteś wcieleniem Buddy, mówiłam kłamstwa i żywiłam złe myśli. Wybacz mi. Teraz szczęście i niedola nas dwojga starych są w waszych rękach, synowie». I pokłoniła się tysiąc razy, padając jak walący się mur. Królewicz Dondrup rzekł: «Wszystkie istoty sześciu światów uważam za swoich rodziców i nie żywię ani urazy, ani zawiści. Cokolwiek matka zrobiła, wyszło mi na dobre». I długo rozmawiali.
Królewicza Donjo ustanowiono na tronie ojca króla. Obu braciom wystarczyła jedna żona. Rządzili oboma królestwami jednakowo, władali Dżambudwipą, a poddani zaznali szczęścia. Tak to, jak powiadają, było” – zakończył Truposz.
Wtedy królewicz Deczo Sangpo pomyślał: „Gdy przedtem szedłem pod drzewo, ten Truposz wołał: «Nie bierz mnie». A gdy niosłem go na plecach, opowiadał mi wiele opowieści o Dharmie, długich i krótkich, a ja nie umiałem ich pojąć. Choć niosłem Truposza na plecach, nie zaznałem żadnego trudu ani znużenia. Opowieść, którą opowiedział dziś, jest już dwudziestą pierwszą: o tym, jak królewicz Dondrup najpierw dźwigał brzemię niedoli, a w końcu sprawował królewskie prawo zgodnie z Dharmą.
Cokolwiek robił królewicz Dondrup, czy szedł, czy wracał, czy kogoś wysławiałwysławiany przez wszystkich, czy szedł, czy siedział, o nikim nie myślał, tylko o lamie. Nawet gdy zawisła nad nim śmierć, w głębinach oceanu pamiętał o lamie. Pamiętał o lamie i spotkał lamę. Królewicz Donjo, choć błąkał się po krańcach ziemi, zdobył kresowe królestwo i spotkał ojca i matkę. Został królem Dharmy, któremu podlega Dżambudwipa. A ileż niedoli przeszli! Mnie Truposz nazywa nędznikiem, ale moje szczęście chyba się jeszcze nie wyczerpało”. Pomyślał, że to on, taki mały żebrak Dawa Drakpa, doszedł do tego wszystkiego, i łzy napłynęły mu do oczu.
Gdy tak wspominał lamę, zrodziło się w nim wielkie oddanie i jego mocą znalazł się w komnacie lamy. Lama trwał w medytacji, ale królewicz pokłonił mu się, obszedł go, poprosił o błogosławieństwo i rzekł: „Przybył Dawa Drakpa. Gdy tylko stąd wyruszyłem, mocą rozbudzonej wiary spełniłem polecenie lamy”. Lama rzekł: „Miałem wielu uczniów biegłych w sutrach, tantrach i traktatach, ale nikt prócz ciebie nie dokonał tego, by wytrwałością sprowadzić żyłę złota na Chwalebną Górę Południa. Ty, który okazałeś wytrwałość i hart serca, przyniesiesz w przyszłości pożytek istotom”.
Tak kończy się rozdział dwudziesty pierwszy Opowieści o Złotym Truposzu, ludzkim trupie przemieniającym się w złoto, którego niósł królewicz Deczo Sangpo, doprowadziwszy swój trud do końca.
Ten, którego w tej nauce zwą drugim Buddą,
opiekun istot, Nagardżunagarbha,
by nauczyć wiary w przyczynę i skutek, tego, co przyjąć, a co odrzucić,
i by umocnić prawo ludzkie na dalszą drogę,
spełniając pragnienie, by z dobra wyrósł owoc,
ułożył ten przedziwny traktat, wieniec dobra.
Kto go ujrzy i przeczyta, tego, jak mówią uczeni,
spotka niejeden zwykły dar urzeczywistnienia.spotka po jednym ze zwykłych darów urzeczywistnienia.
Niech dzięki pomyślnemu zbiegowi i wielkiej uczcie
nasycą się istoty, a w tym rozległym królestwie
niech zapanuje wielkie dobro, szczęście i pomyślność.
Niech będzie dobrze!